5 powodów, dla których „Fantastyczne zwierzęta” nie przypadły mi do gustu

20:32

Jakiś czas temu byłam z koleżankami w kinie na filmie „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”. Jako dziecko fascynowałam się Harrym Potterem i w sumie do tej pory mam do tej serii spory sentyment, więc gdy tylko usłyszałam, że będzie kolejny film z tego uniwersum, od razu postanowiłam go zobaczyć. Z seansu wyszłam... trochę oczarowana i trochę rozczarowana.  Dlaczego? Powodów jest pięć.

Dla zachowania porządku zacznijmy od szybkiego nakreślenia fabuły. Jest rok 1926. Newt Skamander, czarodziej i pisarz, przybywa do Nowego Jorku z magicznie powiększoną walizką pełną czarodziejskich stworzeń, które łapał i opisywał podczas swojej długiej podróży. Niestety, przez niefortunny przypadek kilka zwierząt ucieka, a co więcej, w sprawę zaplątuje się pewien nie-mag (czyli mugol) o imieniu Jacob. Teraz Newt nie ma wyjścia – z pomocą Jacoba a także czarownic, Tiny i Queenie, musi złapać niesforne zwierzaki (które niekoniecznie chcą grzecznie siedzieć walizce) i to zanim narobią szkód w mieście, narażając ukrywającą się społeczność magów na wykrycie. 

Tyle jeśli chodzi o linię fabularną – oczywiście w telegraficznym skrócie. Teraz w pięciu punktach wyjaśnię Wam, dlaczego „Fantastyczne zwierzęta” niespecjalnie przypadły mi do gustu.

  • Film jest o czymś innym, niż sugeruje tytuł 
Tylko sobie wyobraźcie – byłam na tyle pewna siebie, że poszłam na film o tytule „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” licząc, że zobaczę... jak się znajduje fantastyczne zwierzęta! A tu niespodzianka, bohater na start ma już wszystkie stworzenia, a fabuła toczy się wokół tego, że kilka z nich uciekło i trzeba je zbierać po Nowym Jorku jak grzyby. Przynajmniej do pewnego momentu. W efekcie od samego początku miałam wrażenie, że wciska mi się zupełnie inną historię, niż tą, którą chciałam zobaczyć. Jakiś sequel lub coś podobnego.

  • Denerwujący bohaterowie 
W „Fantastycznych zwierzętach” denerwowały mnie praktycznie wszystkie postaci, chociaż nie po równo. Dlaczego? Przede wszystkim są bardzo płaskie – każdą osobę charakteryzuje jedna cecha, no czasami jedna i pół. Newt, główny bohater, uważa, że fantastyczne zwierzęta są cudowne i chce je wszystkie ocalić. Tina jest ambitna. Czarne charaktery... są czarne, po prostu. Takie wiecie, mroczne z kościami, do gruntu złe, okrutne i często też brzydkie, ot tak, żeby nikt nie miał wątpliwości, z kim walczymy. 

Do niektórych postaci z czasem trochę się przekonałam, ale byli też tacy, którzy rozstrajali mnie przez do samiuteńkiego końca. W tej drugiej grupie na pierwszy plan wybija się lolitkowato słodka Queenie, od której tekstów, uśmieszków i spojrzeń brało mnie na mdłości, oraz Jacob, który chyba miał być śmieszny i rubaszny, ale coś nie wyszło. Właściwie tego bohatera uważam za najgorzej wykreowanego, także pod względem psychologicznym. Jego reakcja na odkrycie magicznego podziemia, jego głębi i bogactwa, zamknęła się w czymś w rodzaju: „Kurczę, coś takiego! No dobra, to teraz? Oooooch, jaki słodki gryf!”. Trudno polubić postać, która jest tylko pionkiem, przestawianym po planszy tak, jak reżyserowi jest wygodnie.

  • Nieskonkretyzowana grupa odbiorców
I tu muszę się trochę rozpisać.
 
Nie mam pojęcia, do kogo był skierowany ten film. Nie wiedziałam tego wchodząc na salę kinową, oglądając film, tuż po seansie, ani nawet teraz. Cały czas zastanawiałam (i wciąż się zastanawiam), czym ma się charakteryzować target tego filmu. Dla dzieci to produkcja zbyt poważna, zbyt trudna, dla dorosłych – za bardzo naiwna i płytka. Jedyna myśl, jaka przychodzi mi do głowy, to że adresatami filmu mieli być po prostu Potterheads. Problem polega na tym, że to również nie ma sensu.
 
Po pierwsze, klimat „Fantastycznych zwierząt” jest diametralnie inny od tego w sadze o małym czarodzieju (trudno zresztą, żeby było inaczej, skoro tutaj akcja dzieje się w innych czasach i na innym kontynencie), co może się nie spodobać fanom. I jak dobrze pamiętam niektóre komentarze, rzeczywiście się nie spodobało.
 
Po drugie – określenie „fani Pottera” jest bardzo nieostre. Przecież to zarówno dzieci i młodsi nastolatkowie (którzy dopiero odkrywają sagę) jak i starsza młodzież, dwudziestolatkowie (których nazywam „pokoleniem Pottera” albo „The Potters”), a nawet całkiem dorośli ludzie (tacy około czterdziestki i starsi), którzy kiedyś czytali książki razem z dziećmi, bo chcieli sprawdzić, o co tyle szumu. To nie jest grupa odbiorców tylko ludzki groch z kapustą.
 
Jedyną grupą, która na pewno będzie zachwycona są fanatycy efektów specjalnych – wiecie, takie osoby, które chcą po prostu popatrzeć na technologiczne cuda, a fabuła niespecjalnie ich obchodzi, nawet jeśli się rozłazi. Oni na pewno będą zachwyceni, bo tytułowe fantastyczne zwierzęta rzeczywiście są zrobione pięknie. 

 

  • Nierówny klimat
Ten zarzut ma związek z tym, co napisałam wyżej: brak skonkretyzowanej grupy odbiorców w naturalny sposób powoduje, że klimat filmu jest bardzo nierówny. W „Fantastycznych zwierzętach” dostajemy klimatyczny misz-masz, w który trudno się wczuć. Początkowo startujemy z poziomu zabawnego, słodkiego (wręcz cukierkowatego) kina familijnego, by nagle skoczyć na głęboką wodę mroku, dylematów i zagrożeń, które mogą zniszczyć całą społeczność czarodziejów. I tak raz za razem – a to epizod z łapania zwierząt, a to zaraz mroczne zagrożenie. Można mieć wrażenie, że oglądamy dwie produkcje w jednej i, uwierzcie mi, nie jest to do końca przyjemne doznanie. Film ewidentnie próbuje być dla wszystkich, zarówno dzieci, jak i dorosłych ale... no sami wiecie, jak to się zwykle kończy. Tutaj też tak jest. Niestety.

  • Ponure miasto
Bardzo przykro patrzyło mi się na wykreowany przez reżysera Nowy Jork. Może to detal, ale w takim mieście jak to naprawdę trudno nie dostać depresji. Szary, bury, brudny industrial przytłacza i rodzi wyraźny (i tak średnio sympatyczny) kontrast między smutnym światem mugoli, a barwnym jak rajski ptak światem czarodziejów. Mam wrażenie, że za bardzo dopakowano fundusze w stworzenie fantastycznych zwierząt i jakoś zabrakło środków (i czasu) na dobre pokazanie samego miasta. Przecież tło też jest ważne i od reżysera, który nie jest nowy w tym biznesie, oczekiwałabym, że będzie to wiedział.


Podsumowując, nie mogę powiedzieć, że „Fantastyczne zwierzęta” całkowicie mi się nie podobały, ale w tym filmie za dużo jest rzeczy, które mnie drażniły, bym mogła go z czystym sumieniem polecić. Chyba najbardziej rzucającą się w oczy wadą jest ten nierówny klimat wynikający z nieskonkretyzowanej grupy odbiorców, a na drugim miejscu stawiam denerwujących bohaterów... no i to, że tytuł sugeruje jedno, a fabuła dotyczy czegoś innego. Właściwie cała przyjemność z oglądania jest tylko w podziwianiu cudownie wykreowanych zwierząt i mam wrażenie, że dokładnie o to twórcom chodziło. Widz ma siedzieć, rozdziawiać buzię, wołać „wow, to jest super!” i nie myśleć za bardzo. Ale ja tak nie potrafię, przepraszam. Myślałam podczas oglądania filmu i myślę teraz. Konkretniej zastanawiam się, jakie będą kolejne części i, prawdę mówiąc, trochę przeraża mnie fakt, że mają być aż cztery. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że dalej będzie trochę lepiej... 

Czego w sumie życzę sobie i reżyserowi.


You Might Also Like

0 komentarze

Instagram