Karcianka przy wigilijnym stole, czyli dobrze rozegrane święta

22:10





Kolacja zjedzona, prezenty rozdane. Niby to dopiero wigilijny wieczór, ale w sumie wydaje się, że już po wszystkim. Bo dwa kolejne świąteczne dni będą po prostu wolnymi dniami, w których każdy zajmie się sobą. Aż chciałoby się poczuć inaczej... i kiedy tak sobie smętnie rozmyślałam, mój brat z szatańskim uśmiechem wyciągnął kilka gier. I zaczęła się zabawa.



Bo wiecie, ja bardzo lubię gry – planszowe, komputerowe, karciane – ale nigdy nie mam czasu w nie zagrać. A w sumie święta są takim właśnie wolnym czasem, prawda? No i wyjątkowym – warto wtedy zrobić coś, na co normalnie nie ma się czasu i okazji. Dlatego ucieszyłam się, gdy brat wyciągnął nie tylko gry, które dostał pod choinkę, ale także jedną dodatkową. I nagle okazało się, że te święta będą... dobrze rozegrane. 
 
Po co sięgnęliśmy? Oto nasze typy:

  • Super Farmer
Ta gra jest dosyć stara, ale absolutnie kultowa. Stworzył ją wybitny polski matematyk, profesor Karol Borsuk w 1943 roku i już w czasach okupacji zyskała wielką popularność. Podczas powstania warszawskiego wszystkie (liczne!) egzemplarze gry spłonęły, ale dzięki jednemu ocalałemu zestawowi, który przetrwał poza Warszawą, grę udało się odtworzyć. Od 1997 roku „Super Farmer” jest wydawany w coraz to nowych odsłonach, by mógł bawić kolejne pokolenia. Bo to naprawdę jest zabawa dla dużych i małych.  
 
O co w niej chodzi? W dużym skrócie: jesteś farmerem i walczysz o tytuł Super Farmera. Zaczynając od jednego królika, dążysz do tego, by uskładać stado, składające się z przynajmniej jednego zwierzaka każdego gatunku. Rozmnażasz je i wymieniasz według klucza, rzucając dwiema dwunastościennymi kostkami. Ale uwaga! Każda z nich kryje w sobie niebezpieczeństwo. Bo na twoją farmę może zawitać lis, który zje wszystkie króliki, albo wilk, który zjada wszystkie inne zwierzęta. Można się przed nimi obronić, wykupując psy stróżujące, ale nie są one tanie... a wilk czy lis może wypaść w każdej chwili i pożreć ci dorobek życia. 

Super Farmer iskrzy się emocjami, chociaż wcale na to nie wygląda. W tą grę grałam nie tylko ze starszym o sześć lat bratem, ale i z siedmioletnim bratankiem. Wszyscy bawiliśmy się świetnie, choć nie obyło się bez rozpaczy. Bo to wielki ból, gdy przez jednego wilka traci się całe, duże stado... A co dopiero kilka razy pod rząd! Ale gdy jeden gracz traci dorobek farmerskiego życia, reszta zaśmiewa się do rozpuku... i kombinuje, jak nie podzielić jego losu i zostać Super Farmerem.

Zdjęcie pochodzi ze strony Empik.com.

  • Zapraszamy do Podziemi
To jedna z tych gier, w których Twoim zadaniem jest zrobienie jak największego świństwa pozostałym graczom. Na przykład wysyłając ich do pełnych potężnych stworów podziemi... w samych majtkach.

Jak tego dokonać? Zwodząc i oszukując.

Podczas gry w „Zapraszamy do Podziemi”, gracze ciągną karty z potworami i w sekrecie sprawdzają, jak potężny jest dany stwór oraz za ile punktów uderza. Wtedy muszą podjąć decyzję – czy umieszczają go w podziemiach jako przeciwnika do pokonania, czy też odkładają na bok, usuwając go tym samym z gry. Jeśli wybiorą tę drugą opcję muszą również zabrać jeden element z bazowego ekwipunku, jakim dysponuje postać. To może być tarcza, pochodnia, kielich, mikstura albo coś innego – wszystkie postaci mają swoje unikalne zestawy. Z każdą kolejną kartą stawka rośnie – albo potworów w podziemiach jest coraz więcej (a my nie wiemy, jakich!), albo ekwipunek się kurczy. Gracze nie walczą z potworami, ale ze sobą nawzajem, starając się posłać przeciwników wprost do diabła. Ale trzeba uważać. Może się zdarzyć tak, że chcąc kogoś wrobić, usuniemy niemal wszystko i wypełnimy potworami podziemia... a potem sami będziemy musieli do nich zejść, kiedy pozostali gracze wycofają się z rozgrywki. Bo urokiem tej gry jest to, że każda osoba przed pociągnięciem kolejnej karty ze stosu ma prawo wymiksować się z przygody, mówiąc „pas”. I nagle może się okazać, że bicz, który ukręciłeś na kogoś innego, uderza w ciebie. Ups. 

„Zapraszamy do Podziemi” to bardzo fajna, zabawna gra – śmiechu i pokrzykiwań jest przy niej co niemiara i naprawdę bardzo łatwo poczuć awanturniczy klimat. I to w zaledwie kilka chwil! Grę można rozłożyć niemal w każdym miejscu i o każdej porze – na przykład podczas niespodziewanego okienka w zajęciach, podróży pociągiem czy na drętwej imprezie. I to bez obaw o czas. Rozgrywka może trwać zarówno kilkanaście minut, jak i kilka godzin, wszystko zależy od tego, ile mamy czasu... no i chęci. To na pewno wielki plus. 


Zdjęcie pochodzi ze strony Kwiatosz.znadplanszy.pl.

  • Poprzez wieki: Droga do szaleństwa 
Mieliście kiedyś okazję zapoznać się z rewelacyjną prozą Lovecrafta? Jeżeli nie, serdecznie polecam, a jeśli tak, to gra „Droga do szaleństwa” zdecydowanie jest dla was. W przeciwieństwie do „Zapraszamy do Podziemi”, tutaj wyczuwalny jest o wiele cięższy klimat, który po chwili zaczyna się udzielać. Niby cały czas namyślamy się, kalkulujemy, planujemy, ale bardzo łatwo o stan, w którym pragnienie sukcesu zagłusza nam rozsądek i pozbawia instynktu samozachowawczego. A bez tych cech bardzo łatwo pogrążyć się w odmętach szaleństwa. 

Fabuła ma się następująco – każdy z dwóch graczy jest badaczem starożytnych manuskryptów i ma za zadanie zdobycie jak największej wiedzy na temat Przedwiecznych. Dokonuje tego, kolekcjonując i układając kolejne karty w sekwencje i wzory, za które naliczane są punkty. Wygrywa oczywiście osoba, która ma ich najwięcej... albo która nie popadła w szaleństwo. Bo oprócz zwykłych punktów, zyskuje się również żetony szaleństwa. Im bardziej wnikamy w świat Przedwiecznych, tym bardziej pogrążamy się w obłędzie. Planując i kalkulując, musimy pamiętać o tym, że dziewięć żetonów oznacza całkowite szaleństwo i przegraną. I uwierzcie mi, nietrudno o tym zapomnieć. Kiedy mozolnie kolekcjonuje się karty i liczy punkty, łatwo nie zauważyć, jak już z nami źle... 
 
Wbrew pozorom, w „Drodze do szaleństwa” rozgrywka nie nabiera aż takiego tempa, jak w przypadku „Zapraszamy do Podziemi”. Tutaj o wiele bardziej liczy się namysł, strategiczne myślenie, ogarnianie kilku rzeczy naraz i pilnowanie, by na ostatniej prostej perspektywa wysokiego wyniku nie przysłoniła nam tego, że stoimy już na granicy obłędu. Ta gra zdecydowanie wymaga więcej czasu i wysiłku umysłowego, jest wyraźnie cięższa i bardziej wymagająca niż „Zapraszamy do Podziemi” czy „Super Farmer”. Ale jeśli mam wybierać swoją ulubienicę, zdecydowanie stawiam na „Drogę do szaleństwa” i polecam ją każdemu na długie, zimowe wieczory. 

Gra, oprócz świetnego klimatu i ćwiczącego umysł strategicznego myślenia, zasługuje na uwagę także dzięki przepięknej oprawie graficznej. Karty są rewelacyjnie ilustrowane (już na nie można bardzo długo patrzeć), żetony z Cthulhu są interesujące same w sobie, a instrukcja sama wygląda jak pradawny manuskrypt. Można więc nie tylko pograć... ale i popatrzeć. No i klimat buduje się sam. 


Zdjęcie pochodzi ze strony Portalgames.pl.

Bardzo sobie cenię to moje świąteczne spotkanie z grami. Dawno nie miałam okazji zagrać i naprawdę cieszę się, że tym razem się udało. I chociaż jedna gra szczególnie kupiła moje serce (naprawdę pokochałam „Drogę do szaleństwa” i to nie tylko dlatego, że czytałam Lovecrafta), to śmiało mogę polecić wszystkie. Nieważne, czy wybierzemy lekkiego „Super Farmera”, zabawne i awanturnicze „Zapraszamy do podziemi” czy pełną namysłu i doprawioną nutką grozy „Drogę do szaleństwa”. Takie gry to świetny sposób długie wieczory w gronie przyjaciół czy rodziny i ciekawa alternatywa dla telewizora czy komputera. Myślę, że warto. 

To były dobrze rozegrane święta! 



______________________________________________
Zdjęcie w nagłówku pochodzi STĄD. 

You Might Also Like

0 komentarze

Instagram