van Gogh Alive - czy warto iść?

11:29



Niedawno zrobiłam coś, co miałam zrobić już od bardzo dawna – poszłam na wystawę Van Gogh Alive w Krakowie. Bilety są drogie, a przynajmniej tak twierdziła spora część moich znajomych. Czy jednak ta wystawa warta jest swojej ceny? Sprawdźmy!


Van Gogh Alive to multimedialna wystawa poświęcona życiu i twórczości Vincenta van Gogha, holenderskiego malarza postimpresjonistycznego. Nazwisko jest znane i zazwyczaj kojarzy się jednoznacznie. Bo tak, van Gogh to był ten pan, który w szale odciął sobie ucho i podarował je młodej prostytutce... ale nie tylko dlatego tak dobrze kojarzymy tego twórcę. Jego obrazy również zapadają w pamięć – dość wspomnieć przepiękne „Słoneczniki” (o których autor mówił, że są jego) czy „Taras kawiarni w nocy”. 

Wystawa multimedialna Van Gogh Alive krąży po świecie już od kilku lat. Po Stanach Zjednoczonych, Chinach, Singapurze, Włoszech, Rosji i Niemczech przyszedł czas i na Polskę. Początkowo wystawę można było oglądać w Warszawie, ale w sierpniu przyjechała także do Krakowa. Ulokowano ją w zabytkowym (i dotychczas nie zagospodarowanym) budynku Dworca Głównego. Czy to ma znaczenie? Owszem – miejscami podczas oglądania wystawy naprawdę można poczuć, że jesteśmy na dworcu. Ale o tym za chwilę.

Przyznaję, że długo nie mogłam się zebrać, żeby iść na tę wystawę. Słyszałam o niej wiele dobrego (polecała mi ją między innymi wykładowczyni), ale ceny trochę odstraszały. Bilet ulgowy kosztuje 40 złotych, a normalny – 60. Te kwoty zniechęcały nie tylko mnie. Wiele osób, z którymi rozmawiałam, z żalem stwierdzało, że to dla nich za dużo. Przypuszczam, że nie tylko moi znajomi tak uważali – wystawa została przedłużona do ósmego stycznia, co wiele osób komentuje jako rozpaczliwą walkę o „zwrócenie się” kosztów instalacji. Czy tak jest naprawdę? Pewnie się nie dowiemy.

W końcu jednak objętość mojego portfela zgrała się z wolnym czasem, planety ułożyły się w stosowny sposób i wybrałam się. 

Czy polecam?

Tak. Wystawę van Gogh Alive na pewno warto zobaczyć. Przy czym zanim się na nią pójdzie, trzeba pamiętać o kilku rzeczach. Przede wszystkim musisz wiedzieć, że nie jest to wystawa dla specjalistów – ci z pewnością będą narzekać (i, jak się okazuje, narzekali), że obrazy malarza były raczej w małych formatach, przeznaczonych do wieszania na ścianie a nie do kładzenia na podłogę czy na sufit. Wprawne oko od razu dostrzeże też przekłamania kolorów i pikselozę, która musi istnieć, jeżeli obraz o wymiarach 90x70 cm rzuca się na telebim zajmujący całą ścianę. Specjalista powiedziałby też pewnie, że to w ogóle nie jest obcowanie ze sztuką – w końcu patrzymy na ekran, nie na dzieło i to w ogóle nie jest to samo... Sama zresztą miałam podobne obiekcje i to był drugi powód, dla którego wzbraniałam się przed pójściem na tę wystawę. Czy jednak to wszystko – telebimy, pikseloza, brak kontaktu z prawdziwym dziełem – przeszkadza podczas oglądania?

Wielkie, dorodne NIE. Do wszystkich tych wniosków doszłam po czasie, już po opuszczeniu budynku dworca... gdy już opadło oczarowanie. Bo tak, wyszłam absolutnie oczarowana. Spacerując między ekranami, na których wyświetlały się obrazy van Gogha, słuchając podkładu dźwiękowego (na który składała się muzyka z czasów życia artysty i podobna), przeżywając historię geniusza pogrążającego się w szaleństwie łatwo można było zapomnieć, gdzie się jest. 

No chyba, że trafiło się do trzeciej z kolei sali, w której unosił się charakterystyczny, dworcowy zapach. 

Nie zrozumcie mnie źle – to nie jest zarzut pod adresem konkretnej osoby. No, może troszkę. Konkretniej zarzut o bezmyślność lub zwyczajne machnięcie ręką na pewne sprawy. Jestem pewna, że organizatorzy zrobili, co mogli. Nie wątpię, że sam budynek dworca został porządnie wysprzątany, ale pewnych rzeczy nie dało się przeskoczyć – w tym wypadku smrodku, który pewnie na stałe wsiąknął w mury, oplatając je jak niewidoczna pajęczyna. I tak się zastanawiam... czy naprawdę nie było innych miejsc w Krakowie, w których można było zorganizować tę wystawę? Tak, żeby nie porażać nosów uniesionych kontaktem ze sztuką widzów?

Pomimo rożnych niedogodności wystawę mogę polecić. To multimedialne widowisko, połączenie dźwięku i obrazu może poruszyć, a nawet zachwycić. Specjaliści na pewno będą marudzić, krzywiąc się na piksele i ekrany, takie ich prawo, ale nie można nie zauważyć, że w gruncie rzeczy to nie do nich jest adresowana ta wystawa. Docelowym odbiorcą jest laik – uczeń, student czy przeciętny szary Kowalski – holenderskiego postimpresjonistę kojarzy tylko ze słoneczników i odciętego ucha. Wystawa van Gogh Alive daje takim ludziom niepowtarzalną możliwość poszerzenia wiedzy i horyzontów. A to zawsze się ceni, prawda?

You Might Also Like

0 komentarze

Instagram