Zabiłam - recenzja

21:20


To jedna z najtrudniejszych recenzji, jakie przyjdzie mi napisać. No bo jak ocenić tak osobistą, tak boleśnie prawdziwą powieść? Właściwie, żeby być precyzyjną, muszę powiedzieć, że „Zabiłam” Weroniki K. to nie jest powieść – w końcu opisana historia wydarzyła się naprawdę. Ale po kolei.






W 2005 roku Polską wstrząsnęła historia morderstwa radcy prawnego z Chrzanowa. Trzy kobiety – córka, kochanka i ich przyjaciółka, nazwane przez prasę „modliszkami z Chrzanowa” – zamordowały siedemdziesięcioletniego mężczyznę, a jego zwłoki rozczłonkowały i wrzuciły do Wisły. Zbrodni tej dokonały w 2000 roku, ale dopiero po pięciu latach wszystko wyszło na jaw. Pamiętam, że byłam jeszcze w podstawówce, gdy media emocjonowały się śledztwem, a nagłówki w gazetach jednoznacznie osądzały sprawczynie. Teraz, po odsiedzeniu siedmioletniego wyroku, jedna z nich powraca z mocną autobiograficzną książką „Zabiłam”.



Wiecie już, dlaczego mam taki problem z oceną, prawda? Wszystko sprowadza się do osobistych odczuć i wyrobionych wcześniej osądów. Do tego, że ja pamiętam tę sprawę, szczegóły zbrodni i oskarżenia. Pamiętam opinie i sama mam swoją. I nagle zagłębiam się w historię od drugiej strony, czytam wyznania osoby, o której nie można myśleć inaczej, jak tylko o bezwzględnym mordercy. I uwierzcie mi, o tym nie da się zapomnieć. Zaczynając czytać zastanawiałam się, dlaczego właściwie ta książka powstała. Czy to próba zwrócenia na siebie uwagi? Usprawiedliwienia się? Potrzeba ekshibicjonizmu? A może coś jeszcze innego? Byłam ciekawa, jak autorka przedstawi samą siebie. Przyjrzyjmy się jej zatem.



Główną bohaterką, a zarazem narratorką „Zabiłam” jest kobieta przedstawiająca się jako Weronika. Oczywiście to zmyślone imię – wystarczy kilka sekund w wyszukiwarce by wiedzieć, że tak naprawdę autorka ma na imię Anna. To nie jedyna zmiana – zafałszowane zostały także imiona wszystkich osób uczestniczących w zbrodni, dane ofiary, współwięźniarek, a nawet nazwa jednostki policji, która zajmowała się tamtą sprawą. Pozornie więc czytamy o całkowicie nowych osobach, ale w praktyce łatwo domyślić się, kto jest kim.



Pierwotnie książka miała mieć tytuł „Bóg sobie poszedł”, a przynajmniej tak mówi autorka w jednym z wywiadów. W ten sposób określała ona czas pomiędzy zbrodnią a aresztowaniem, kiedy to przeszła załamanie nerwowe i chorobę alkoholową. Jak sama przyznaje (o czym też przypomina opis na okładce) dopiero po aresztowaniu poczuła ulgę i – paradoksalnie – za kratami mogła wrócić do życia.



Opis na okładce informuje nas również, że podczas lektury poznamy szczegóły zbrodni, śledztwa, procesu i wreszcie przeraźliwe realia w więzieniu dla kobiet. Czy tak jest w istocie? No cóż... nie do końca. Zbrodnia jest opisana, owszem, ale śledztwo dzieje się niejako poza bohaterką. Więzienie to tak naprawdę areszt śledczy, w którym – jak wynika z narracji – da się całkiem znośnie żyć, o ile przywyknie się do pewnych reguł. Wyobrażenia więzienia a'la Shawshank można odłożyć na półkę, bo tutaj to tak nie działa. Największym rozczarowaniem jest chyba opis procesu, który zajmuje kilka kartek pod koniec książki. Spodziewałam się więcej, mocniej, intensywniej. Nie ma też informacji o życiu w więzieniu – Weronika K. dokładnie opisała areszt śledczy, ale zaznaczała kilkukrotnie, że „śledczaki” żyją inaczej niż więźniarki. Co dokładnie miała na myśli? Tego się nie dowiemy.



Kiedy skończyłam lekturę, miałam w głowie chaos. Rozłożyłam ręce pytając: „ale co, to już?”, a uczucie zagubienia tylko się zwiększyło po przypomnieniu sobie tekstu na obwolucie. Po zastanowieniu doszłam do wniosku, że musi tutaj chodzić o coś innego niż pokazanie zbrodni „od drugiej strony” i zagłębienie się w realia kobiecego więzienia. I rzeczywiście – sama autorka przyznaje, że „Zabiłam” to opowieść o tym, w jaki sposób człowiek sięga dna i jak próbuje się od tegoż dna odbić. To ma sens. Weronikę poznajemy właśnie w najgorszym etapie jej życia. Jest załamana, wyprana z emocji po pięcioletnim ukrywaniu zbrodni, wyniszczona wyrzutami sumienia i alkoholizmem. Na kolejnych stronach bohaterka zmienia się na naszych oczach. Cały problem polega na tym, że... nijak nie wynika to z opisu na obwolucie. Mam wrażenie, że książka próbuje udawać coś, czym nie jest. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego wizja wydawcy tak bardzo rozminęła się z wizją autorki. No chyba że ta ostatnia gdzieś pomiędzy procesem wydawniczym a udzielaniem wywiadów zmieniła koncepcję... Bo prawda jest taka, że ta książka nie jest pisana dla czytelnika. Weronika K. napisała ją, by rozliczyć się z własną przeszłością. Przez całą lekturę nie opuszczało mnie wrażenie, że zaglądam do czyjegoś pamiętnika.



Zanim wspomnienia autorki trafiły do druku, przeszły jeszcze przez ręce Piotra Litki, znanego z recenzowanej ostatnio książki „Polskie Archiwum X”. Zresztą, w tamtej publikacji sprawa Modliszek z Chrzanowa była również omawiana, z tym że imiona także były zafałszowane. Nie wiem, jak bardzo pan Piotr ingerował w treść, dlatego nie mogę powiedzieć na ile surowy i niemal pozbawiony emocji język to jego pióro, a na ile pióro Weroniki. Wydaje mi się, że „Polskie Archiwum X” było napisane trochę barwniej i bardziej żywiołowo, ale może to tylko złudzenie. Mnie osobiście ten styl nie przypadł do gustu. Dodatkowo drażniły mnie skoki narracyjne. Miejscami, na początku autorka zbyt skupia się na pewnych szczegółach, za bardzo je drąży, a tam, gdzie przydałoby się trochę podrążyć – bum, ucinamy akcję i przeskakujemy do innej myśli. Szczególnie zabrakło mi rozwinięcia wątku budzącej się w Weronice religijności. Nie mamy żadnych wzmianek o jej wcześniejszych związkach z Kościołem, właściwie Bóg jest nieobecny w jej życiu... i nagle pojawia się krótki opis, jak w Wigilię bohaterka odmawia różaniec. Nieco dalej jest kolejny krótki opis, jak Weronika emocjonalnie reaguje podczas nabożeństwa w zaimprowizowanej kaplicy więziennej, jak bardzo chciałaby iść do spowiedzi... i tyle. Chociaż temat Boga i przebaczenia krąży i co jakiś czas wraca, nie dowiemy się już czy i jak religia pomogła bohaterce pogodzić się ze swoją przeszłością.



Podsumowując – czy polecam lekturę? I tak, i nie. Mam bardzo mieszane odczucia co do tej książki i – słowo daję – zupełnie nie wiem, jaki werdykt wydać. Czytając, cały czas miałam świadomość, że to wszystko stało się naprawdę. Nie mogę oceniać kreacji bohaterów, bo to prawdziwi ludzie (chociaż pod zmyślonymi imionami), nie sposób wytknąć ewentualnych nielogiczności w fabule, bo to wszystko zapis prawdziwych wydarzeń. W gruncie rzeczy Weronika K. nie szuka wybaczenia. Choć kilka razy wyjaśnia, dlaczego zabiła, tak naprawdę nie potrzebuje litości. Chce tylko opowiedzieć, jak upadła na samo dno i jak z tego dna próbowała się podnieść. „Zabiłam” to bardzo osobista książka i pisana właściwie dla siebie, coś jak wydany pamiętnik. Autorka daje nam wgląd w swoje myśli i emocje, często bardzo intymne. To od nas zależy, czy będziemy chcieli je poznać... i zrozumieć.


______________________________________________________

Zabiłam
Weronika K., opracował: Piotr Litka 
Wydawnictwo WAM
 Kraków 2015
Stron: 313 

You Might Also Like

0 komentarze

Instagram