Pasażerowie - kosmiczna odyseja czy gwiezdny romans?

22:34




Samotność. Pustka absolutna. Świadomość, że wszystkie nasze nadzieje i plany zostały przekreślone i tylko ślepy los zadecydował, że to właśnie my znaleźliśmy się w klatce bez wyjścia. Co jest w stanie zrobić człowiek pozostawiony sam sobie? Jak zachować człowieczeństwo, gdy otaczają nas tylko maszyny? I jak żyć, gdy nie ma nadziei na zmianę? Te i inne pytania porusza film „Pasażerowie”. W jaki sposób? Zobaczcie sami.



Zanim zacznę o samym filmie, najpierw krótka refleksja.

Ostatnio często słyszę, że trailery do współczesnych filmów są beznadziejne – bo albo pokazują za dużo, albo ujmują tylko najciekawsze sceny. Człowiek się cieszy, że kroi się coś spektakularnego, w skowronkach idzie na film, a po seansie... wychodzi rozczarowany jak jeszcze nigdy w życiu. Jak jest w przypadku „Pasażerów”?

Ano dokładnie na odwrót. 
Zanim zdecydujecie się iść na film, obejrzyjcie kilka oficjalnych zwiastunów – właśnie po to, żeby nie być rozczarowanym. I by wiedzieć, że „Pasażerowie” to nie science fiction z wątkiem romansowym, tylko... romans w realiach kosmicznego science fiction. No dobrze, powiedzmy w 3/4. Ale o tym zaraz – na razie krótki rys fabularny. 



Akcja „Pasażerów” rozgrywaj się w niedalekiej przyszłości. Dzięki bardzo rozwiniętej technologii i nowoczesnym kapsułom hibernacyjnym odległe loty w kosmos stają się powszechne i stosunkowo łatwo dostępne. W związku z tym ludzkość, znudzona stareńką i przeludnioną Ziemią, rusza na podbój kosmosu, kolonizując nowe planety. Świeże, czyste, piękne i czekające na zasiedlenie. 

W drodze na jedną z takich planet jest Avalon – luksusowy i delikatny jak babie lato prom kosmiczny. Na jego pokładzie znajduje się ponad dwustu członków załogi oraz 5000 kolonizatorów. Wszyscy oni zostali poddani hibernacji i teraz, pod czujnym okiem inteligentnych maszyn, czekają na koniec podróży ich życia. Wszystko zostało zaprogramowane tak, by dokładnie cztery miesiące przed dotarciem na nową planetę, wszyscy pasażerowie się wybudzili i spędzili czas na rozwijaniu kontaktów towarzyskich i beztroskiej zabawie w luksusach. Wydaje się, że nic nie może pójść źle... a skoro tak, to można się oczywiście spodziewać, że stanie się coś złego.

Minispoiler: tak jest.

Jim Preston (w tej roli Chris Pratt) to jeden z pasażerów promu Avalon. Gdy jego kapsuła hibernacyjna inicjuje proces wybudzania, początkowo jest on zupełnie ogłupiały. Nie wiedząc co się dzieje, praktycznie bezwolnie pozwala prowadzić się inteligentnym systemom i hologramom. Po przespanej nocy Jim dochodzi do siebie i zaczyna uważniej rozglądać się po statku. 


I wtedy właśnie docierają do niego dwie rzeczy: po pierwsze jest na nim całkiem sam, a po drugie utknął w przestrzeni kosmicznej bez szansy na powrót.



Jeśli w tym momencie macie usilne skojarzenia z
Marsjaninem to bardzo dobrze. Właściwie oba te filmy poruszają te same wątki i mają nawet podobnych bohaterów. Obaj charakterni panowie utknęli w kosmosie, mają wykształcenie, które teoretycznie może im pomóc (Jim jest mechanikiem), zmagają się z samotnością oraz za wszelką cenę starają się przetrwać i nie oszaleć. Jedyna różnica jest taka, że bohater „Marsjanina” dostał szansę na powrót. Protagonista „Pasażerów” nie ma tyle szczęścia – on dosyć szybko orientuje się, że ani nie wróci na Ziemię, ani nie doleci do celu. W obu przypadkach po prostu umrze ze starości. Może albo popełnić samobójstwo, albo po prostu przeżyć swoje życie na luksusowym statku kosmicznym i głupio licząc na to, że może wydarzy się jakiś cud. Jim wybiera tę drugą opcję, stając się niejako Robinsonem Cruzoe w kosmosie. Łatwe do przewidzenia i w sumie sympatyczne.

To wszystko, co teraz opisałam, zajmuje jakąś 1/4 filmu. Można powiedzieć, że to, co już obejrzeliśmy to trochę sci-fi, a trochę dramat. Wszystko zmienia się, gdy do akcji wkracza kolejny wybudzony pasażer – pisarka i dziennikarka Aurora Lane (którą zagrała Jennifer Lawrence). Oczywiście nie zdradzę, w jakich okolicznościach kobieta pojawia się w fabule, ale gwarantuję wam, że już po kwadransie oglądania filmu domyślicie się, co i dlaczego. Skądinąd wiem, że wątek z Aurorą to jedna z najciekawszych spraw w całym filmie... i chyba najbardziej pomięta. Ale o tym niżej.

W każdym razie,
gdy dziennikarka dołącza do Jima w podróży przez przestrzeń, film tak jakby zapomina czym jest. Z przygodowego sci-fi z elementem dramatu płynnie i bez znieczulenia przechodzi w słodziutki romans. Nietrudno się domyślić, że skazanych na siebie bohaterów połączy gorące uczucie, a rozwój ich relacji stanowi oś filmu przez kolejne 2/3 fabuły. To dlatego polecałam na początku obejrzeć zwiastuny – o ile plakaty mogą sugerować jakąś inną treść, o tyle po obejrzeniu jednego czy dwóch trailerów trudno mieć wątpliwości, czego będzie dotyczyć film. I trzeba być na to przygotowanym. 



Wspomniałam już, że wątek z Aurorą został trochę pominięty. Właściwie mam wrażenie, że reżyser nie bardzo wiedział, co chce nam przekazać, albo trochę wystraszył się tego, co miał w głowie i w scenariuszu. Efekt jest taki, że w warstwie fabularnej obserwujemy trochę schizofreniczną walkę z samym sobą. Bo niby zarysowują się nam pewne problemy etyczne i moralne, dostajemy szalenie ciekawe i naprawdę trudne pytania... i to tylko po to, by pod koniec produkcji wszystkie zostały porzucone. Bo co tam dylematy filozoficzne, liczy się akcja! Bez niej film się po prostu nie sprzeda. No i właśnie tą akcją – z wybuchami, dynamizmem wciskającym w fotel i wyścigiem z czasem – jesteśmy raczeni pod sam koniec. A ponieważ „Pasażerowie”
to film hollywoodzki na wskroś, wszystko musi się kończyć dobrze. No więc tak jest. 


A raczej w pewnym stopniu. 
Wiecie, mam bardzo duży problem z samą końcówką tego filmu. Jaki? Ano taki, że po tych wszystkich wybuchach i napięciach akcja się nie kończy – ona urywa się kompletnie bez sensu. Tak po prostu – ciach i koniec. Ja wiem, że nie można było pokazać wszystkiego, bo widzowie by usnęli, ale te kilka zdań rzuconych w eter trudno nazwać zakończeniem i sensownym zwieńczeniem fabuły. Mam za to wrażenie, jakby scenarzyście ktoś przystawił do głowy pistolet i powiedział „masz to skończyć w tej chwili. JUŻ! Bo strzelam!” i biedaczyna skończyć musiał. A szkoda, bo takie urwanie fabuły pozostawia pewien niedosyt.

Urwana akcja nie daje nam też szansy pożegnać się z bohaterami, co boli o tyle mocno, że do Jima i Aurory bardzo łatwo się przywiązać. Są wiarygodni, sympatyczni i pełni życia. Z zainteresowaniem śledzimy ich poczynania i to nie tylko dlatego, że są jedynymi ludźmi w kosmosie. Jennifer Laurence i Chris Pratt spisali się naprawdę bardzo dobrze. Między tą parą jest chemia – widać, że dobrze im się razem pracuje, przez co ukazana na ekranie relacja jest jeszcze bardziej wiarygodna. Brawa dla tych państwa! Nie mogę jednak nie wspomnieć o fenomenalnej (i kto wie, czy nie lepszej) postaci androida Arthura, barmana na Avalonie. W jego rolę wcielił się Michael Sheen i naprawdę powinien dostać za tę rolę jakąś nagrodę. Czysta rewelacja.


 
W całym filmie moją uwagę zwróciła też przyjemna, budująca nastrój muzyka. Drobna sprawa, ale jak dla mnie niezwykle istotna. Soundtrack nie jest nachalny i doskonale spełnia swoje zadanie tworzenia tła dla wydarzeń rozgrywających się w filmie. Przyjemnie się go słucha także po seansie. Polecam.

Podsumowując, czy „Pasażerowie” to dobra produkcja? Zacznijmy od tego, że tak właściwie są to trzy filmy w jednym. Na początku mamy coś w rodzaju dramatu science fiction (w typie samotny człowiek i kosmos), potem długo oglądamy romans, a na samym końcu dostajemy żywiołowy film akcji z wybuchami w tle. Czy to coś złego? I tak, i nie. Chociaż całość ogląda się z zainteresowaniem, to jednak nie można pozbyć się uczucia lekkiego chaosu – zupełnie jakby reżyser nie mógł się zdecydować, co chciałby nakręcić. Dylematy miał także scenarzysta i to rzuca się w oczy jeszcze bardziej. „Pasażerowie” podsuwają nam kilka interesujących i w gruncie rzeczy trudnych zagadnień, ale zostały one wprowadzone tylko po to, by jak najszybciej się z nich wycofać. Mam wrażenie, że producenci w połowie pracy nad filmem trochę się wystraszyli podejmowanych tematów i zdecydowali, że jednak chcą wypuścić film, który po prostu się sprzeda. Dlatego ambitne plany zostają odłożone na bok, a zamiast tego dostajemy uniwersalną, hollywoodzką mieszankę – ładne, eleganckie ujęcia, nowoczesność, piękną miłość, wybuchy, akcję i troszkę efektów specjalnych. Miłe dla oka, przyjemne do zabawy... ale nic poza tym. 


______________________________________________________


Pasażerowie
Reżyseria: Morten Tyldum
Scenariusz: Jon Spaiths
Gatunek: science fiction, przygodowy (i jak dla mnie, romans)
W rolach głównych: Jennifer Lawrence, Chriss Pratt, Michael Sheen
Premiera w Polsce: 25 grudnia 2016
 

You Might Also Like

0 komentarze

Instagram