Seria o Dorze Wilk - recenzja (cz. I)

22:42

 


Magia, fantastyczni mężczyźni, zagadki, fantastyczni mężczyźni, alternatywny świat, fantastyczni mężczyźni i zadziorna wiedźma, przyciągająca spojrzenia fantastycznych mężczyzn. Poznajcie Dorę Wilk, która specjalizuje się w kopaniu tyłków, ściąganiu na siebie kłopotów i oczarowywaniu wszystkich przedstawicieli płci przeciwnej. Co sądzę o zachwalanej serii Anety Jadowskiej? Dziś trzy pierwsze tomy heksalogii o wiedźmie – „Złodziej dusz” , „Bogowie muszą być szaleni” i „Zwycięzca bierze wszystko”.


Zanim zacznę o książkach, tradycyjnie napiszę coś o autorce.

Serię o Dorze Wilk stworzyła Aneta Jadowska – pisarka i doktor nauk humanistycznych z zakresu literaturoznawstwa. Debiutowała ona... trzykrotnie, jak sama twierdzi: w 1999 roku opowiadaniem „Dziwny jest ten świat”, w 2004 roku opowiadaniem „Kalejdoskop”  i wreszcie w 2012 roku powieścią „Złodziej dusz”, otwierającą cykl o Dorze Wilk. Trochę mnie zaskoczyła ta informacja (którą zdobyłam TUTAJ), bo przecież debiut to jednorazowe wystąpienie rozpoczynające karierę, ale właściwie nie wiem, w jakim kontekście padło to stwierdzenie. Może jest żartem, a nie chcę nikogo skrzywdzić ani siać pomówień. Zresztą nieważne. W końcu nie chodzi o samą autorkę, tylko o jej książki. A konkretniej o heksalogię o Dorze Wilk.

Jadowska, urodzona w 1981 roku, od ponad 17 lat mieszka w Toruniu, gdzie też umieściła akcję swoich książek (no, w uproszczeniu). I szczerze mówiąc, chociaż biogram autorki przeczytałam dopiero na potrzeby tej recenzji, podczas lektury od razu poczułam, że musi ona pochodzić z Torunia lub okolic i że bardzo dobrze zna to miasto. To nie tak, że nie można się nauczyć rozkładu ulic, czy lokalizacji specyficznych, niekoniecznie przewodnikowych miejsc. Pani Aneta zna klimat i przenosi go na karty swoich książek – a przynajmniej tam, gdzie akcja dzieje się w realnym Toruniu, a nie jego alternatywnej wersji, zwanej Thornem. A o nim będzie jeszcze mowa niżej.

Seria o Dorze Wilk Anety Jadowskiej to heksalogia, wydawana w latach 2012-2014. W tej części recenzji skupię się na trzech pierwszych tomach. Zacznę od krótkiego streszczenia każdego z nich (z komentarzami, bo nie mogę sobie tego odmówić), by na końcu podsumować je wszystkie. Decyduję się na to, bo – jak zobaczycie – w następujących po sobie tomach można dostrzec pewne schematy.  Poz tym, o niektórych wadach tej książki o wiele łatwiej pisze się zbiorczo, w odniesieniu do całości.
 
Tyle tytułem wstępu, a teraz to, na co wszyscy czekamy, czyli książki.

Tom 1 – „Złodziej dusz” 
 Poznajcie Teodorę (zwaną Dorą) Wilk – hardą i zadziorną policjantkę toruńskiej policji, a prywatnie wiedźmę. I to nie byle jaką! W bohaterce krzyżują się dwie sprzeczne linie magiczne: magii płodności i magii wojowniczej Pani Północy. Chociaż jako istota magiczna (w ludzkim ciele) Dora mogłaby żyć w alternatywnym mieście, Thornie, wybiera ona udawanie zwyczajnej osoby w zwyczajnym świecie. Tylko czasem wyskakuje do magicznego baru, by pić z przyjaciółmi drinki do białego rana. Jako bardzo nietypowy mieszaniec i – jak sama siebie określa – ktoś obdarzony raczej przeciętną mocą, bohaterka nie czuje się zbyt komfortowo w świecie magicznych stworzeń. A jest ich w tej serii bez liku – anioły i demony, wiedźmy i szamani, wampiry i wilkołaki, szyszymory, piekielnicy, elfy i mnóstwo innych istot. Co tylko chcecie. Oczywiście, ten magiczny świat pełen jest konszachtów i układów, uprzedzeń oraz nienawiści, przeważnie rasowej. Wszystko trzyma się na układach o nieagresji i dosyć kruchym pakcie międzysystemowym. 

Akcja książki rozpoczyna się, gdy w realnym Toruniu Wilk rozpoczyna śledztwo w sprawie tajemniczego zgonu pewnej starszej kobiety. Już wkrótce ta sprawa schodzi jednak na dalszy plan, bo w Thornie zaczynają znikać magiczne istoty. Wszechmocna Starszyzna miasta, nie mając pojęcia jak temu zaradzić, prosi Dorę, by skorzystała ze swoich policyjnych umiejętności, dowiedziała się, kto (lub co) za tym stoi i rozwiązała problem, nim wybuchnie wojna między systemami. Wiedźma zgadza się także dlatego, że ma w tym swój własny interes – okazuje się, że jej magiczna przyjaciółka, nekromantka Katia, także jest jedną z porwanych. A ponieważ jeśli chodzi o przyjaciół Dora nigdy nie odpuszcza, z właściwą sobie werwą zabiera się do rozwikłania zagadki. Prowadząc dwie sprawy naraz, bohaterka ma pełne ręce roboty i mnóstwo problemów na głowie, a my, czytelnicy, stopniowo zagłębiamy się w strukturę alternatywnego świata i poznajemy jego mieszkańców. 

Nietrudno się domyślić, że Dora oczywiście dociera do sprawcy całego zamieszania i w epickiej walce pod koniec książki ratuje, kogo tylko może (nie wszystkich porwanych dało się bowiem ocalić, skoro poddawani byli torturom), zabijając osoby odpowiedzialne za porwanie. Spoilery to rzecz haniebna, dlatego nie zdradzę więcej szczegółów z fabuły. Powiem tylko, że Wilk przeżyje (co jest oczywiste, skoro czeka na nas jeszcze pięć tomów sagi) i, co będzie istotne w dalszych tomach, zyska nowe moce. 

Osobom, którym zdarzyło się czytać amatorskie opowiadania (szczególnie bardzo młodych osób) na przykład w formie analiz, powinien w tym miejscu rozdzwonić się dzwonek alarmowy. Coś tu nie gra... ano nie gra, ale o tym będę pisać pod koniec. Nie uprzedzajmy faktów. 

W każdym razie, w czasie trwania książki, Dora postanawia jednak zamieszkać w Thornie, a w ramach podziękowania za rozwiązanie zagadki, od Starszyzny dostaje własne, kilkupokojowe mieszkanie niemal w samym centrum. Wprowadza się tam razem z przyjaciółmi – diabłem Mironem (w którym się z wzajemnością podkochuje, ale oboje powstrzymują się przed skonsumowaniem związku) i aniołem Joshuą (który z kolei skrycie pragnie Dory, ale musi żyć w celibacie). Ci dwaj odegrali zresztą sporą rolę w rozwiązaniu zagadki zniknięć magicznych istot i wsparli bohaterkę w finałowej walce. Przy okazji, Dora pomogła Joshui udowodnić jego wartość i uwolnić się od mocnego wpływu jego dziadka, którym jest sam archanioł Gabriel. 

O stylu wypowiem się na samym końcu, w podsumowaniu całej serii. Tutaj wspomnę tylko, że
Złodziej dusz wydawał mi się napisany dosyć nierówno. Na początku akcja trochę się ślimaczy, ale tuż przed finałem intrygi znacząco przyśpiesza. Po walce, gdy wątek się rozwiązuje orientujemy się, że do końca powieści zostało nam jeszcze ładnych kilka rozdziałów, zostawionych... na co? Ano na domkniecie wątków drugo- i trzecioplanowych oraz na festiwal wdzięczności dla Dory. I zauważyłam, że to dosyć charakterystyczna rzecz u Jadowskiej. Mimo zgrzytów, które już wyczuwałam, dałam serii szansę i kupiłam drugą część.


Tom 2 – „Bogowie muszą być szaleni”
 
Och, jak ja lubię ten tytuł! Mogę się nim bawić w nieskończoność. I wielka, wielka szkoda, że tak fajnie nazywa się książka, przy której po raz pierwszy zaczęłam zgrzytać zębami na całą serię. A stało się to mniej więcej w połowie tomu... ale po kolei. 

Fabuła tej części... jest. Gdzieś w tle toczy się jakaś akcja, jakieś kolejne śledztwo i nawet mamy dwóch wrogów. Teoretycznie groźnych i potężnych. Bo oto starzy, pogańscy bogowie toczą między sobą szaloną grę, której pionkami są ludzie - magiczni i całkiem zwyczajni. Oczywiście, tylko nasza wiedźma może powstrzymać wielką wojnę w magicznym świecie, więc, jak można się domyślić, to własnie zażegnanie boskiego sporu będzie jej głównym zadaniem w tym tomie. Oprócz tego, jest jeszcze inny wróg, wściekły kobiecy demon o imieniu Jezabel, który za wszelką cenę chce zniszczyć Dorę i jej domowy mir. 

To wszystko wyglądało bardzo obiecująco i nawet teraz, gdy piszę te słowa, widzę w tych wątkach spory potencjał. Tym bardziej boli mnie, że cały pomysł utonął w supermocach Dory (których przybywa w postępie geometrycznym) i w opisach relacji między bohaterką, a otaczającymi ją mężczyznami, a zwłaszcza Mironem i Joshuą. Książka pełna jest wzmianek o ich pięknych, doskonałych aż do bólu ciałach, zdrobnień, przytulania, głaskania i spania razem. Mamy kilka wyznań miłości, jedne duże oświadczyny (bo tak, bohaterka nie mogąc się zdecydować którego ze swoich przyjaciół kocha bardziej, postanawia oświadczyć się obu. Monogamia jest dla słabych!) i temperaturę miejscami podkręconą tak, że aż trzasnęło pokrętło. Nawet jeśli istnieje jakieś zagrożenie, to zostało całkowicie rozłożone na łopatki przez idealność bohaterki. Żadna groźba nie brzmi poważnie, jeżeli wiemy, że za Dorą stoi armia wpatrzonych w nią mężczyzn i cała paleta supermocy. Jakby mało ich było ze
„Złodzieja dusz”, w „Bogach...” nasza wiedźma zyskuje nowe. Konkretniej ją, Mirona i Joshuę łączy triumwirat, czyli ich dary łączą się i przenikając, tworząc specyficzną mieszankę. 

W drugim tomie serii niesamowicie irytujące są dialogi – miejscami bardziej słodkie, niż wata cukrowa. Spójrzcie tylko na ten fragment – z samego początku, trzynasta strona:

„- Słonko, dobrze się czujesz? - Za sobą usłyszałam głęboki głos diabła.

- Jasne, diabełku, małe kłopoty w raju, ale już opanowane.”

Albo tu, dwudziesta trzecia strona:

- Diabełku, idź do Joshui – powiedziałam cicho. (…) - Nie martw się, kochany, zajmę się naszymi gośćmi, a teraz idź, nie chcę, żeby był sam.”

Nie wiem, jak was, ale mnie trochę rozbolały zęby. Tym bardziej, że dalej wcale nie jest lepiej. Jeżeli już dialogi nie są prowadzone w tak słodziutki sposób i nie są to przekomarzania się z podtekstami seksualnymi, to bohaterowie wygłaszają orędzia do ludzkości jako takiej. O, na przykład takie:

„- Gabrielu – spojrzałam chłodno na archanioła, stojącego na progu mojego mieszkania – cóż cię sprowadza i czemu przemocą chcesz naruszyć świętość naszego domostwa? Chyba nie planujesz znów mamić mnie wizją zwiastowania?”

Ja wiem, że to archanioł Gabriel, ale bohaterka nie jest dyplomatką. W późniejszych rozdziałach i tomach nie ma oporu przed krzyczeniem na dostojnika niebiańskiego, rozkazywania mu, żeby się zamknął i zmuszania do kłopotliwych deklaracji uczuć. 

Przy tak prowadzonych dialogach naprawdę trudno o zachowanie klimatu i poczucia zagrożenia. I podobnie jak w pierwszym tomie, tak i tu akcja rozwija się bardzo powoli, co rusz zatrzymywana przez opisy pięknych ciał i wibrującej namiętności, by nagle ruszyć z kopyta, rzucając nam w twarz pościgami, wybuchami i walkami, próbując na kilkunastu stronach nadrobić
napięcie, które powinno być budowane przez całą książkę. Główna intryga znów rozwiązuje się jakieś sto stron przez końcem powieści, tylko po to, by ponownie mógł odbyć się festiwal wdzięczności dla Dory... i aplikowanie jej nowych mocy, w tym tatuażu ze skrzydeł. W końcu z czegoś trzeba stworzyć trzeci tom, prawda?


Tom 3 – „Zwycięzca bierze wszystko”

Kiedy kończyłam „Bogowie muszą być szaleni” coś mi podpowiadało, że trzecia część sagi nie przypadnie mi do gustu. Byłam zmęczona cudownością Dory i otaczającą ją miłością legionu boskich mężczyzn. Starałam się jednak opanować uprzedzenia i podejść do tomu maksymalnie obiektywnie, ale wiecie co? Chyba muszę bardziej wierzyć w siebie i w swoją intuicję. 

„Zwycięzca bierze wszystko” rozpoczyna się dzień po zakończeniu „Bogowie muszą być szaleni”. Pod koniec poprzedniego tomu pomiędzy Dorą, Mironem, a Joshuą zawiązał się triumwirat, w dodatku drugi w historii i pierwszy międzysystemowy (przypominam: Dora jest wiedźmą, krzyżówką dwóch sprzecznych linii magicznych, Miron diabłem, wnukiem Lucyfera, a Joshua aniołem, wnukiem Gabriela). Nikt nie ma pojęcia, do czego ta trójka jest zdolna, dlatego z uwagi na wrażliwość przebiegającej pod Thornem linii magicznej, bohaterowie muszą się na jakiś czas wynieść z miasta. Uciekają na prowincję, do starego domu dziadków Dory i tam postanawiają ogarnąć własne sprawy.


Ta część ma nieco inną konstrukcję niż poprzednie tomy – kryminalna zagadka nie jest główną osią fabuły, bo pojawia się dopiero w drugiej połowie książki. I chyba będę złośliwa mówiąc, że bardzo dobrze, że autorka wpadła na to, że czytelnikom potrzeba czegoś więcej, niż dramatycznych rozterek sercowych i sporów uczuciowych na linii Dora-Miron-Joshua. Bo na tym skupia się większość książki – na relacjach między bohaterami.

Nie będę ukrywać –
„Zwycięzca bierze wszystko” przez większość czasu był dla mnie drogą przez mękę, właśnie ze względu na niemożliwe dopakowanie kłótniami i problemami rodem z brazylijskiej telenoweli. Dora nadal kocha Mirona, ale ten po zawiązaniu się triumwiratu jest bardzo niestabilny emocjonalnie, w związku z czym bohaterka ma go zwyczajnie dosyć. W sumie wcale jej się nie dziwię. Joshua chyba powoli orientuje się, że nie ma na co liczyć ze strony wiedźmy, ale czuwa przy przyjaciołach, by swoją anielską mocą pomóc im ukoić nerwy. I tak cały czas – kłótnie, irracjonalne wybuchy zazdrości, rozpacz pod tytułem „kocham go, ale on jest nie do zniesienia”, próby ułagodzenia sytuacji i kolejne spory. 

Jakby tego było mało, wiedźma znowu dostaje nowe magiczne umiejętności – dzięki triumwiratowi jest silniejsza, zwinniejsza, szybsza i wytrzymalsza, niż wcześniej. Nie sądziłam, że da się naszą wiedźmę wcisnąć jeszcze więcej umiejętności, ale widać nie doceniłam wyobraźni autorki. Zresztą, nie tylko Dora staje się potężniejsza.

W
„Zwycięzcy...” pojawiają się też nowi bohaterowie – jak zawsze gorący, jak zawsze fantastyczni, jak zawsze zapatrzeni w Dorę. Można mieć wiele zastrzeżeń do tego, jak są ukazane znane chociażby z popkultury postacie, ale za to, co autorka zrobiła z Abaddonem należą się srogie baty. Przepraszam za spoiler, ale po prostu muszę. Abaddon został nasłany na wiedźmę żeby ją zabić, ale wystarczyło, że Wilk tylko spojrzała mu głęboko w oczy, zrobiła przyspieszoną psychoanalizę i zadziałała linią magii, której się wyparła (bo nie pasowało jej to do mrocznego imidżu) i już anioł zagłady klęczał przed nią, błagając o dobicie. Nie, nie zmyślam. I nie, nie akceptuję tego w żaden sposób.

Jak wspomniałam, gdzieś za połową książki w końcu pojawia się antagonista. Nie będę spoilerować, kto to jest, ale powiem tylko, że to postać, która właściwie od pierwszego tomu bohaterki ewidentnie nie lubi i raz na jakiś czas przypuszcza na nią spontaniczne i nieprzemyślane ataki. Zachowuje się jak fanatyczny szaleniec nad którym nikt nie może zapanować, bo jest zbyt potężny. Ale przecież nie ma problemu, którego nie rozwiąże Dora Wilk, prawda? Wiadomo, że ta dziewczyna jest w stanie zrobić wszystko, wszędzie i w każdy sposób. I nawet, gdy jej ciało przeszywa archanielski miecz (oczywiście już po honorowej walce; bohaterka obrywa cios w plecy, żeby było jasne, że ten, kto staje przeciwko niej, jest do gruntu zły i amoralny), to my i tak nie odczuwamy ani odrobiny niepokoju. W końcu to Dora. Synonim niezniszczalności. 

To by było na tyle, jeśli chodzi o streszczenia kolejnych tomów. Wiem, że opisy są raczej ogólne, ale starałam się umieszczać tak mało spoilerów, jak to tylko możliwe. W gruncie rzeczy chodziło mi bardziej o nakreślenie, z czym mamy do czynienia na poziomie fabuły, by móc na przykładach wyjaśnić, dlaczego uważam, że heksalogia o Dorze Wilk wcale nie jest serią, którą można się zachwycać.

A więc, jak zwykł mawiać Michael Buffer zapowiadając walki bokserskie – „let's get ready to rumble”. Bo łomot będzie na pewno.

Zacznę trochę naokoło. Wiecie kim jest Mary Sue? 

Mary Sue (zwana także Marysią Zuzanną) to takie popularne w internecie określenie na bohaterkę idealną – piękną, dobrą, mądrą, z charakterem i supermocami pojawiającymi się zawsze w odpowiednim momencie. Wszyscy ją lubią, a jeżeli nie, to tylko dlatego, że jej zazdroszczą. Każdy wróg drży na sam dźwięk jej imienia, bo wie, że przyjdzie mu zginąć zmiażdżony pod jej mocarnym butem, i to jeszcze przed śniadaniem. Postaci w typie Mary Sue tworzą zwykle młode osoby, dopiero rozpoczynające swoją przygodę z pisaniem... a przynajmniej tak zwykło się sądzić. 

Bo widzicie, problemem heksalogii o wiedźmie Anety Jadowskiej jest to, że Dora Wilk jest Mary Sue. I to jest chyba największa wada tej serii. Bohaterka jest po prostu zbyt idealna, zbyt dopakowana; czasem drapieżna, czasem zabawna, a czasem wręcz chamska, stanowiąc niemal podręcznikowy przykład Marysi Zuzanny. I uraczę was spoilerem – nie zmieni się to do samego końca serii. Trudno zresztą, by tak było, skoro właściwie zaczęliśmy z bardzo wysokiego poziomu umiejętności naszej wiedźmy. Wbrew temu, co mówi o sobie sama Dora, potrafi ona aż nienaturalnie dużo – w moim odczuciu już w
„Złodzieju dusz” miała o kilka cech za dużo. Chyba najbardziej rozdrażniło mnie, że Wilk najpierw uparcie twierdzi, że wyparła się magii miłości (bo, jak już mówiłam, dzieci i ciepło rodzinne nie pasuje do wizerunku ostrej laski w skórze, glanach i ze spluwą), a potem swobodnie korzysta z niej, gdy tego potrzebuje – na przykład do zatrzymania własnego cyklu miesięcznego, by móc uprawiać seks bez obaw o ciążę. Bardzo wygodne, prawda? W pierwszym tomie jeszcze jakoś to przebolałam. Zaufałam autorce. 
Niestety, już mniej więcej w połowie „Bogów...” litościwe machanie ręką zamieniło się w marszczenie brwi, a pod koniec – w głuchy warkot. I warkot ten narastał, im dłużej czytałam sagę. 

Dora z tomu na tom zyskuje coraz więcej mocy i umiejętności – bo nie tylko włada magią z dwóch linii, jest nieśmiertelna, ma w sobie moc wilczej Alfy, jest wnuczką wilczej bogini i własne stado wilkołaków, nie będąc wampirem może założyć własny klan wampirów i mieć wampirzych synów, a jeszcze przez moc triumwiratu zyskuje nadludzką siłę, prędkość i wytrzymałość. A do tego jest śliczna, odważna, ma charakter, a mężczyźni różnych ras i gatunków wręcz padają jej do stóp. To mniej więcej dwa razy więcej cech, niż można, by uznać za dopuszczalne. Wilk jest po prostu niewiarygodna i to rozkłada całą serię na łopatki.
 
Moją uwagę zwróciło też to, jak została potraktowana Katia. Przez połowę „Złodzieja duch” jesteśmy raczeni kawałkami o połączeniu Dory z jej przyjaciółką nekromantką (bo przecież nasza Mary Sue nie mogłaby się zaprzyjaźnić z inną wiedźmą!), o potrzebie ratowania siostry, więzi krwi i tak dalej. I co? No właśnie nic. Przez resztę serii Katia, która popchnęła pierwszy tom do przodu i wymusiła na Dorze zaangażowanie się w sprawę złodzieja dusz, jest wspomniana ledwie kilka razy. Czas w Thornie upływa, Dora ma mnóstwo spraw do załatwienia, mnóstwo tyłków do skopania i jeszcze więcej facetów do zauroczenia, ale o przyjaciółce wypowiada się albo w pasywno-agresywnym tonie (mówiąc o jej bezsensownych „napadach kobiecości”), albo wcale. I tak właściwie nie poznajemy Katii... i w sumie nie wiemy, dlaczego kobiety łączy taka wielka przyjaźń, skoro nie kontaktują się ze sobą prawie wcale. 

Nie mogę nie wspomnieć też o potraktowanym po macoszemu świecie przedstawionym.
To, co stało się w heksalogii o Dorze Wilk nie powinno mieć miejsca w żadnej szanującej się sadze fantasy. Bo chyba nie po to tworzymy alternatywne uniwersum, żeby potem czytelnik poruszał się po nim jak dziecko we mgle, właściwie nie wiedząc, co i jak wygląda, prawda? A tak właśnie jest w tej serii. Wydaje mi się, że Jadowska za bardzo skupiła się fantastycznych mężczyznach i dopakowywaniu bohaterki mocami, traktując magiczne miasta jako zupełnie nieistotne tło. Większość akcji dzieje się w Thornie, który trochę kreuje się na taką fantastyczną stolicę, mamy też Trójprzymierze, czyli magiczny odpowiednik Trójmiasta i wzmianki o innych magicznych miastach w Europie. I... tyle. Co wiemy o tych miejscach? Że są. Thorn jest ładny, bo przypomina Toruń, niektóre rasy mają swoje klimatyczne knajpki, kamienica, w której ma siedzibę Starszyzna, jest różowa, a mieszkanie Dory znajduje się naprzeciwko jej ulubionego pubu, Szatańskiego Pierwiosnka. I to wszystko. Nie dopominam się od razu o opisy świata godne Tolkiena, ale jak na fantasy jest tu za mało szczegółów. Tym bardziej, że heksalogia o Dorze Wilk to podobno urban fantasy, a więc szczególna uwaga powinna być poświęcona ukazaniu miasta i jego klimatu. Tutaj tego zabrakło, co bardzo zubaża serię.

A dlaczego napisałam, że to „podobno” urban fantasy? 
 
Mniej więcej od połowy Bogów... mam wrażenie, że ktoś wciska mi coś innego, niż obiecuje. Nie dajcie się zwieść, nie wierzcie napisowi na okładce pierwszego tomu („(...) to zdecydowanie nie jest kolejne love story.”) - moim zdaniem Jadowska napisała romans paranormalny z wątkami kryminalnymi i w lekkim (ale lekkim!) klimacie urban fantasy. I miks ten może mógłby być strawny, gdyby uprzedzono nas, z czym mamy do czynienia. Bo inaczej może pozostać lekki niesmak, poczucie oszukania i zwyczajna niechęć do dalszych części. Po przeczytaniu trzech pierwszych tomów serii wahałam się, czy sięgnąć po kolejne. Ale ciekawość wygrała. 

Jak prezentują się kolejne trzy części? Co się zmienia, a co zostaje? Czy autorce uda się wybrnąć, czy też będzie powielać te same błędy? 
Tego dowiecie się w kolejnej recenzji, na którą oczywiście serdecznie zapraszam. Możecie łatwo ją znaleźć, klikając TUTAJ.



___________________________

Obrazek w nagłówku pochodzi ze strony autorki na Facebooku.

You Might Also Like

0 komentarze

Instagram