Niebieski stosik z Instagrama

20:56



Jakiś czas temu pewna osoba na Instagramie nominowała mnie do pokazania wszystkich moich książek, które mają niebieską okładkę. Spodobało mi się to. Ułożyłam książki w piękny stosik, zrobiłam zdjęcie, opublikowałam... a potem pomyślałam, że właściwie mogę napisać coś więcej o moim niebieskim stosiku. Bo przecież każda książka ma za sobą jakąś historię, którą można opowiedzieć.


Zanim zaczniemy – garść wyjaśnień.

Po pierwsze, osobą, która mnie nominowała jest measimul, której profil rzecz jasna polecam. Robi bardzo ładne zdjęcia!

Po drugie – tak, mam świadomość, że jakość zdjęcia nie powala. Przepraszam Was za to serdecznie. Dopiero zbieram na porządny aparat, a mój telefon staruszek niestety ma pewne ograniczenia.

Po trzecie – na moim niebieskim stosiku zabrakło kilku książek, które tak sprytnie skryły się na regale, że zauważyłam je dopiero po zrobieniu zdjęcia. Ewentualnie były zagrzebane tak głęboko, że nie dało się ich wyciągnąć inaczej, jak tylko poprzez zrobienie kompletnego bałaganu na regale. Niby układanie książek uspokaja i odpręża, ale nie mnie. Wybaczcie.

Tyle gadania, teraz zdjęcie... i parę słów o każdej książce.

Mój niebieski stosik.

  •  „Śpij kochanie, śpij” Joanne Harris – nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że to właśnie od tej książki rozpoczęłam moją przygodę z prozą pani Harris. Kupiłam ją gdzieś w połowie liceum (czyli w środkowym plejstocenie) i byłam nią zafascynowana... a przynajmniej do chwili, gdy nie przeczytałam stojącego niżej „Błękitnookiego chłopca”

  • „Pachnidło” Patrick Süskind – słyszałam różne opinie o tej książce. Jednym się podobała, inni uważali ją za głupią i z lekka obrzydliwą. Ja dowiedziałam się o niej od przyjaciółki, która należała do tej pierwszej grupy. Zaciekawiona i skuszona pochwałami zakupiłam kieszonkowe wydanie „Pachnidła” w małej księgarni w rodzinnym mieście. Zaczęłam czytać... i przepadłam. I to chyba jest moment, w którym powinnam podziękować rzeczonej przyjaciółce... więc, Karola – wstań, gdy o tobie mówią. I przyjmij podziękowania za polecenie mi czegoś, co teraz z dumą i czułością trzymam na swojej półce. W sumie przez wszystkie lata przeczytałam „Pachnidło” jakieś pięć razy i zawsze byłam równie zachwycona opowiedzianą historią. I tak, wiem, że jest film, oglądałam go. Też bardzo mi się podobał... no ale co książka, to książka, prawda?
  
  • „Zabójca z miasta moreli” Wiktor Szabłowskito był mój pierwszy świadomy kontakt z reportażem. Świadomy, to znaczy, że sama wybrałam sobie do czytania tą książkę wiedząc, z jakim gatunkiem będę się mierzyć. To było na początku studiów, bodajże w drugim semestrze pierwszego roku. Na egzamin z wiedzy o literaturze mieliśmy sobie wybrać kilka książek z listy tych nominowanych do nagrody Nike. Między innymi zdecydowałam się właśnie na „Zabójcę z miasta moreli”, czyli zbiór reportaży o Turcji. Dzięki krótkiemu słowniczkowi na początku wiedziałam już, jak czytać niektóre tureckie litery, co... pozwoliło mi odkryć, jak brzmią nazwiska kilku moich znajomych z Turcji. Ale „Zabójca...” jest dobry także z innych powodów. Tak naprawdę była to jedna z nielicznych nominowanych do Nike książek, które przypadły mi do gustu. O reszcie szkoda nawet gadać...

  • „Zimistrz” Terry Pratchett – o, tą książkę kojarzę bardzo dobrze. Kupiłam ją w gimnazjum i dlatego, bo moja koleżanka z ławki była zafascynowana światem Dysku.wiła o nim tak dużo i z takim zachwytem, że nie mogłam nie spróbować tym bardziej, że w tamtym czasie proza Pratchetta była bardzo popularna wśród pewnej grupy uczniów mojej szkoły. Wiecie, tych „fajnych”, z którymi każdy chciał się zadawać. W gimnazjalnym okresie życia każdemu zależy, żeby nie odstawać, więc jak najszybciej udałam się do księgarni i kupiłam sobie dwie powieści Pratchetta – „Straż, straż!” i właśnie „Zimistrza”. Przeczytałam obydwie, ale to właśnie ta druga spodobała mi się bardziej. Mimo tego, nigdy już do niej nie wróciłam.

  • „Jej wszystkie życia” Kate Atkinson – macie takie powieści, które od bardzo długiego czasu patrzą na was krzywo, jakby pytały „skoro nie masz zamiaru mnie czytać, to po jaką cholerę w ogóle brałaś mnie z półki”? No, to jedną z takich książek jest dla mnie „Jej wszystkie życia”. Kupiłam ją spontanicznie, skuszona jakąś promocją w Empiku, po czym przyniosłam do domu, położyłam na stosiku książek do czytania... i tak już została. I leży, czeka na lepsze czasy, a ja zastanawiam się, co mnie właściwie podkusiło, by ją nabyć. Zgaduję, że zaczarowała mnie ta bajeczna okładka. 

  • „Odnaleźć swą drogę” Aleksandra Ruda – kto mieszka w okolicach Krakowa na pewno kojarzy pana Jarka, bardziej znanego jako „pan ze stoiska na dworcu”. Kiedy byłam jeszcze w gimnazjum, pan Jarek był osobą niemal kultową, bo jego niebieski kramik na Dworcu Głównym był pełen taniej fantastyki. No mekka po prostu. Kupiłam tam wiele książek, a jedną z nich była właśnie powieść Aleksandry Rudej. Przyciągnęła mnie nie tylko ciekawa okładka i trafiający do mojego nastoletniego serca tytuł, ale także wydawnictwo – w moich „gimbazjalnych” latach obowiązywał pogląd, że książki z Fabryki Słów bierze się w ciemno, bo zawsze są dobre. O ile dzisiaj mogłabym z tym polemizować (ot, chociażby w przypadku recenzowanej heksalogii o wiedźmie), to „Odnaleźć swą drogę” rzeczywiście było strzałem w dziesiątkę. Pamiętam, że tą powieść przeczytałam szybciutko, raz za razem ocierając łzy śmiechu. Rozłożyła mnie na łopatki swoim unikalnym humorem i fantastycznymi bohaterami z krwi i kości. Już nawet nie pamiętam, ilu osobom pożyczałam i polecałam tę książkę. Właściwie do dziś zdarza mi się o niej wspomnieć, gdy ktoś pyta mnie o lekką i zabawną fantastykę.
 
  • „Błękitnooki chłopiec” Joanne Harris – wspomniałam o tej książce wyżej. Teraz dodam tylko, że opowiedziana tu historia wciągnęła mnie tak bardzo, że nawet po latach od zakończenia lektury wciąż pamiętam niektóre sceny. No i wrażenie, jakie na mnie pozostawiła.

  • „Blondynka w Himalajach” Beata Pawlikowska – wiecie, ja bardzo lubię książki podróżnicze. Przeczytałam kilka rzeczy autorstwa Wojciecha Cejrowskiego, przeczytałam „Kobietę na krańcu świata” Martyny Wojciechowskiej... ale z panią Pawlikowską jakoś nie mogę się przeprosić. Nie wiem dlaczego, ale po lekturze „Blondynki w Himalajach” (którą dostałam w ramach prenumeraty magazynu National Geographic) nigdy już nie sięgnęłam po jej książki. Ale zdjęcia są bardzo fajne, to trzeba przyznać.

  • „Malowany człowiek” t.2, „Pustynna włócznia” t.1 Peter v. Breet – och, jak ja kochałam tą serię w liceum! Kolejne tomy serii czytałam w busie (niepomna na chorobę lokomocyjną), w domu, na lekcjach... ba, pamiętam, że kiedyś nie poszłam na poranne zajęcia (chyba to był język niemiecki), bo wolałam zostać w szatni i czytać. To się nazywa szał! O ile dobrze pamiętam to właśnie podczas tych małych „wagarów” kończyłam drugi tom „Malowanego człowieka”. Do tej pory książki Breeta zajmują honorowe miejsce na mojej półce... chociaż po czasie przyszła refleksja, że świat opisany w książce, pomimo pozornej grozy, jest jednak trochę cukierkowy.

  • „Śrimad Bhagavatam. Księga pierwsza” – o, a to wielka ciekawostka na mojej półce. Ilu z was posiada książkę napisaną przez (i dla) wyznawców Ruchu Świadomości Hare Kryszna? No właśnie. „Śrimad Bhagavatam” to komentarze do aforyzmów stworzonych na podstawie Wed autorstwa Śrila Vyasadeve. Vjasa ponoć miał być literacką inkarnacją Boga i pierwszą osobą, która spisała Wedy, do tej pory przekazywane ustnie. Uprzedzając pytania – nie, nie jestem w żaden sposób związana ani z Ruchem Świadomości Kryszny. Po prostu interesuję się wszystkimi wierzeniami świata i bardzo lubię czytać na ten temat. Kiedyś spotkałam na ulicy wyznawcę Hare Kryszny i po rozmowie zdecydowałam się wydać 20 złotych, by kupić książkę i dowiedzieć się, o czym ci ludzie tak naprawdę mówią. Mam ambitny plan odsiać wszystkie plotki i popularne osądy od prawdy.
    Na razie jeszcze nie przeczytałam całego
    „Śrimad Bhagavatam”, bo mam co do niego mniej więcej takie odczucia, jak do Koranu – tego nie da się przeczytać „na raz”, chyba że ktoś lubi czuć, jak mózg zwija się w precelek. Zresztą, nawet doskonale nam znaną Biblię trudno jest przeczytać z marszu. No i to nie o to chodzi, prawda?

  • „Harry Potter i Zakon Feniksa” J.K.Rowling – czy ktokolwiek będzie zaskoczony tym, że jako nastolatka byłam oczarowana serią o Harrym Potterze? Chyba nikt – w tamtych czasach większość dzieciaków złapała bakcyla na tym tle. Zresztą, zalew gadżetów i słodyczy w sklepach znacznie ułatwił ten proces. Chociaż nigdy nie byłam wielką Potterhead (na przykład nie czytałam i nie pisałam fanfiction osadzonych w tym uniwersum) to jednak uważałam siebie za wielką fankę i nieomal znawczynię serii. Był taki moment w moim życiu, gdy potrafiłam niektóre fragmenty cytować z pamięci. Ale w sumie trudno się dziwić: „Kamień filozoficzny” przeczytałam – i to nie jest żart – osiemnaście razy. Sama nie wiem, co mnie opętało. To nie tak, że uważałam tą książkę za wybitną. Po prostu lubiłam do niej wracać... w przeciwieństwie do przedstawionego na zdjęciu „Zakonu Feniksa”. To była chyba część, która najmniej mi się podobała. Jednym z powodów mógł być fakt, że moim ulubionym bohaterem był Syriusz Black... 

  • „Atlas Śródziemia. Przewodnik po świecie Tolkiena” Karen Wynn Fonstard – nie jestem wielką znawczynią prozy Tolkiena, ale Śródziemie ma specjalne miejsce w moim sercu. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że „Władca Pierścieni” był pierwszą książką fantasy, którą przeczytałam w życiu. Jeżeli ktoś jest ciekawy, jak na nią trafiłam (a jest to w sumie śmieszna historia) może zerknąć na stronę Fantasmarium. W podlinkowanym wpisie jest przytoczona moja opowieść o tym, jak zaczęłam swoją przygodę z fantastyką. W takiej sytuacji trudno się dziwić, że kupiłam nawet „Atlas Śródziemia”. Wszystko to z miłości do „Władcy...”
 

Oczywiście – jak wspomniałam – to nie jedyne książki z niebieską okładką, które kryją się na moim regale. Na zdjęciu zabrakło chociażby „Czarownika Iwanowa” Pilipiuka, „Kotów w worku” Władysława Kopalińskiego czy przezabawnej „Błękitnej krwi” Magdaleny Samozwaniec. Ale przecież nie chodziło o to, by chwalić się wszystkim, co mam, tylko by pokazać przynajmniej kilka niebieskich okładek.

A jak jest u was? Ile macie książek w takich zimowych kolorach? Napiszcie mi koniecznie, czy wasze biblioteczki pokrywają się z moją... i czy taki wpis wam się spodobał. Bo przyznam szczerze, że tworząc go bawiłam się świetnie i mam ochotę na powtórkę z innym kolorem. W końcu okładki są we wszystkich kolorach tęczy!


You Might Also Like

0 komentarze

Instagram