Powrót katona - recenzja

19:18




Wielka tajemnica, utajniona historia i jedno znalezisko, które może zmienić dzieje świata. Na tropie zagadkowych ossuariów jest Ottavia, Faradż i Kaspar, znani już bohaterowie „Ostatniego katona”. Czy poradzą sobie z kolejną zagadką, w którą wplątał ich los? I w jakim stylu to zrobią? Dziś „Powrót katona” Matilde Asensi.


 
Zanim zaczniemy - jedna szybka informacja po części wyjaśniająca dosyć sporą objętość tego posta.

Oczywiście zajmuję się tylko „Powrotem katona” , ale ponieważ jest to kontynuacja „Ostatniego katona”, pozwolę sobie od czasu do czasu zrobić nawiązania. Aby wszystko było jasne, gdzieś w recenzji wplecione będzie krótkie streszczenie i wyjaśnienie najważniejszych wątków z poprzedniej części
ot, żeby wszystko było jasne. Postaram się nie spoilerować za bardzo, jednak osoby wrażliwe na tym punkcie niech czują się ostrzeżone. Całą resztę zapraszam do lektury recenzji, którą – tradycyjnie już – zaczynamy od przyjrzenia się autorowi.



„Powrót katona” napisała Matilde Asensi – hiszpańska pisarka i dziennikarka. Po ukończeniu studiów dziennikarskich na Uniwersytecie Autonomicznym w Barcelonie przez kilka lat pracowała dla hiszpańskiego radia i prasy – pisywała między innymi do Información czy La Verdad. Debiutowała w 1999 roku książką „El salón de ámbar”, nie przetłumaczoną do tej pory na język polski.

Matilde Asensi specjalizuje się w powieściach historycznych i jest często chwalona za doskonałą znajomość realiów. Otrzymała kilkanaście nagród literackich, w tym Premio de Honor de Novela Historica Cidad de Zaragoza. Autorka do tej pory wydała dziewięć książek, ale w Polsce znane są tylko trzy –
Iacobus” wydany przez Muzę (o którym dowiedziałam się dopiero pisząc tą recenzję) oraz „Ostatni katon i jego kontynuacja, „Powrót katona, obydwie wydane nakładem wydawnictwa Sonia Draga.

Przeczytałam je obie. Jakaś ogólna myśl?

Przyznam, że byłam oczarowana
„Ostatnim katonem”. Pomimo dłużyzn i miejscami nieco sztywnych dialogów całość porwała mnie bez reszty. Genialne połączenie fikcji z historią, z dodatkiem zagadek, tajemnic i szczypty skomplikowanej miłości. Bohaterowie byli pełni charakteru, żywi, nietuzinkowi i naprawdę trudno było nie darzyć ich sympatią.

Po przeczytaniu „
Powrotu katona ”mam w głowie tylko jedno słowo: dlaczego. A rozwijając myśl, kieruję pytanie do autorki: Matilde, dlaczego?

Skąd takie rozpaczliwie pytania? Zanim to wyjaśnię, najpierw szybki rzut okiem na poprzedni tom.


W „Ostatnim katonie” poznajemy siostrę Ottavię Salinę – pochodzącą z Sycylii zakonnicę, która zdobywszy wykształcenie z zakresu paleografii, pracuje w archiwach watykańskich. W pewnym momencie jej spokojne i poukładane życie zmienia się o 180 stopni – Ottavia zostaje zaprzęgnięta do śledztwa w sprawie tajemniczych i bardzo przebiegłych kradzieży relikwii krzyża świętego. Do pomocy ma kapitana Kaspara Glauser-Röista, członka gwardii szwajcarskiej, oraz subtelnego naukowca koptyjskiego pochodzenia, profesora Faradża Boswella. Okazuje się, że za kradzieżami stoi tajemnicze bractwo zwane stawrofilakami (od greckiego słowa stawros oznaczającego krzyż), które od kilkunastu wieków pozostawało w całkowitym ukryciu. Aby do nich dotrzeć (i ostatecznie rozwiązać sprawę zaginionych relikwii) bohaterowie muszą przejść cały rytuał inicjacyjny. Składa się na niego siedem prób w siedmiu różnych miastach, polegających na oczyszczeniu się z siedmiu grzechów głównych. Wskazówki co do miejsc i prób zostały sprytnie zaszyfrowane w „Boskiej komedii” Dantego, który, jak się okazuje, także należał do bractwa. Podczas pokonywania kolejnych przeszkód pomiędzy poszczególnymi bohaterami wytwarzają się specyficzne relacje, z których szczególnie zwracająca uwagę (i w gruncie rzeczy urocza) jest niełatwa do zaakceptowania miłość, jaka połączy Ottavię i Faradża. Nie będzie dużym spoilerem jeżeli powiem, że para będzie w końcu razem, nawet jeżeli przez to siostra Salina będzie musiała zrezygnować nie tylko ze ślubów zakonnych, ale także ze swojej bardzo prestiżowej pracy. Co więcej, wywoła tym samym ogromny spór rodzinny – ale o tym dowiadujemy się dopiero z drugiego tomu.


Powrót katona” rozgrywa się piętnaście lat po wydarzeniach z „Ostatniego katona”, czyli w 2014 roku. Ottavia i Faradż, już jako małżeństwo, wiodą spokojne życie pracowników naukowych na uniwersytecie w Toronto. Pewnego wieczoru do ich domu pukają Simonsonowie – bajecznie bogata i jeszcze bardziej wpływowa rodzina, trzymająca wszystko i wszystkich w garści. W bardzo kurtuazyjny, choć oszczędny w słowach sposób proponują Ottavii i Faradżowi odnalezienie tajemniczych ossuariów z I wieku, które – jeżeli wierzyć plotkom – zawierają doczesne szczątki Jezusa i jego najbliższych. Doktor Salina, chociaż zrezygnowała z życia zakonnego pozostała głęboko wierzącą osobą, dlatego początkowo podchodzi do tematu bardzo sceptycznie, a nawet wrogo. Przez kilka pierwszych rozdziałów obserwujemy jej konflikt interesów: z jednej strony pali ją ambicja i chęć poznania prawdy, a z drugiej samo istnienie rzeczonych ossuariów podważa większość rzeczy, w które tak mocno wierzy. Sprawy nie ułatwia optymizm Faradża, ani to, że do poszukiwań miesza się aktualny katon stawrofilaków – znany z poprzedniego tomu kapitan Kaspar Glauser-Röist. Ostatecznie jednak ciekawość (a może to zwykłe „parcie na szkło” i chęć zdobycia prestiżowej nagrody naukowej?) zwycięża i Ottavia decyduje się zaangażować w śledztwo. Nie znaczy to jednak, że wątpliwości religijne ją opuszczają – po prostu schodzą na dalszy plan.

Jak na powieść sensacyjną w stylu Dana Browna (bo tak kwalifikuję książki Asensi) „
Powrót katona” ma dosyć specyficzną budowę. Widać to nawet gdy zestawimy tą książkę z poprzedniczką. W Ostatnim katonie cała opowiedziana historia była jednym wielkim śledztwem. Wszyscy to znamy – bohaterowie coś analizują, dochodzą do nowych wniosków, gdzieś jadą, z kimś rozmawiają, coś się dzieje, pojawiają się kłopoty i zagadki, które trzeba rozwiązać. Ten schemat powtarzał się całe siedem razy, co w sumie dało bardzo ciekawy efekt rytmiczności. W„Powrocie katona autorka zaprojektowała opowieść inaczej – tutaj przez ponad połowę książki bohaterowie tylko zdobywają informacje. W jaki sposób? Czytając książki, oglądając stare dokumenty i po prostu ze sobą rozmawiając. Tak, podstawą wielkiego śledztwa i poszukiwań są wielogodzinne posiadówki w prywatnej bibliotece Simonsonów, gdzie Otavia, Faraż, Kaspar i sami Simonsonowie opowiadają sobie o różnych wydarzeniach historycznych. To chyba najbardziej toporne zarysowanie kontekstu historycznego powieści, jakie w życiu widziałam. Macie podane absolutnie podane wszystko – daty, nazwiska, miasta i wsie, a jeżeli coś jest jeszcze niejasne (bo na przykład którejś z postaci nie chciało się wszystkiego tłumaczyć), usłużna doktor Salina tłumaczy wszystko w myślach.

Wiecie, jakie są główne problemy z takim sposobem podawania informacji? Po pierwsze spowalniają już i tak niezbyt szybką akcję (ta nabiera tempa dopiero po 340 stronie), a po drugie jest ich po prostu za dużo na raz. Człowiek czyta książkę historyczną i nawet jest zainteresowany, ale po przebrnięciu przez te podręcznikowe i bardzo przegadane rozdziały nie pamięta prawie nic. Być może błąkają mu się po umyśle jakieś wątki, echo nazwisk i nazw własnych obija się po czaszce, ale poza tym – oj, słabiutko.  Co więcej, nawet bohaterowie zdają się wszystkiego nie pamiętać, bo jedni drugim muszą przypominać jakieś wątki. A to przecież w większości są naukowcy, i to historycy! Albo to błąd w konstrukcji powieści, albo pani Asensi uznała, że skoro ona o tym wszystkim wie i to wszystko ładnie ogarnia, to znaczy, że czytelnicy też tak mają. No niestety, nie jest tak. 

Kiedy już wszystko zostaje powiedziane, bohaterowie w końcu odkrywają, gdzie mniej więcej ukryte są tajemnicze ossuaria i wyruszają na ich poszukiwania. Oczywiście muszą przejść szereg prób i rozwiązać wiele zagadek zanim dotrą do celu – relikwie są przecież bardzo dobrze ukryte. Powiem szczerze, że dopiero ta część książki może naprawdę wciągnąć i zapewni doskonałą, inteligentną rozrywkę. Gdy Ottavia z ekipą są już na miejscu i przedzierają się przez labirynt korytarzy i pułapek, kolejne kartki po prostu połykałam. To była zabawa! Mogłabym powiedzieć, że dla przygód, ciekawostek i tajemnic ostatnich kilku rozdziałów warto było się przebić przez przeszło trzysta stron nudnawej i topornej ekspozycji. Szkoda tylko, że autorka czaruje nas swoją wyobraźnią i smykałką do tego typu historii dopiero po 400 stronie. Późno. Dla mniej upartego czytelnika może być nawet za późno.

Wtręt historyczny: tak wygląda ossuarium z I wieku. Jest to kamienna urna zawierająca prochy lub kości zmarłej osoby. Prawdopodobnie takich obiektów poszukiwali bohaterowie Powrotu katona. Mało tego, jednym z ossuariów szukanych przez Ottavię i resztę ekipy było właśnie to przedstawione na zdjęciu - ossuarium świętego Jakuba. Zdjęcie pochodzi z Wikipedii.


Jak do tej pory powiedziałam już sporo o samej książce. Wiemy już czego dotyczy, jakie wątki porusza (chociaż nie wspomniałam o wszystkim), zwróciłam uwagę na to, kiedy zaczyna się ta najciekawsza i najfajniejsza część i wyraziłam ubolewanie, że tak późno. Do tego miejsca można mieć wrażenie, że „
Powrót katona” raczej mi się podobał. Skąd więc moje dramatyczne pytania na początku?

Ano stąd, że powieść Matilde Asensi ma kilka bardzo dużych problemów, które skutecznie odebrały mi frajdę z lektury. Głównym (i kto wie, czy nie najważniejszym) jest to, co stało się z chyba najważniejszą postacią – doktor Ottavią Saliną.

Po części rozumiem, co autorka chciała osiągnąć. W pierwszej części Ottavia była zadziorną, pełną charakteru kobietą, członkinią sycylijskiej rodziny mafijnej. Twarda i stanowcza, nie pozwalała sobą manewrować, a wręcz ośli upór sprawiał, że niemal zawsze stawiała na swoim. Stworzenie takiej postaci nie jest łatwe, a utrzymanie jej – jeszcze trudniejsze. W „
Powrocie katona” Matilde Asensi postawiła na wzmocnienie charakteru pani doktor, ale problem polega na tym, że zwyczajnie przedobrzyła. Teraz Ottavia jest po prostu nieznośna – zachowuje się jak rozwydrzona księżniczka, której ktoś każe coś robić, albo jak stereotypowa nastolatka, która nikogo nie słucha i ma zdanie wszystkich w głębokim poważaniu. Bardzo często pojawiają się fragmenty, w których bohaterka szydzi z kogoś w myślach, ironizuje na niezbyt wysokim poziomie, ujawnia swoją ignorancję i pychę gargantuicznych rozmiarów. Wystarczy, że ktoś ma inne zdanie niż ona i już zarabia łatkę osoby głupiej i niekompetentnej – tym bardziej, jeśli okazuje się, że pani doktor jednak racji nie ma. Można by przypuszczać, że światowej sławy naukowiec powinien być trochę bardziej otwarty...

To jeszcze nie wszystko. Poza okropnym charakterkiem, doktor Salina popisuje się niekiedy głupotą czystej wody. Podczas lektury miałam nieodparte wrażenie, że od poprzedniego tomu ubyło jej kilkanaście – jeżeli nie kilkadziesiąt – punktów IQ i straciła przynajmniej połowę swojej dotychczasowej wiedzy. Teraz często nie może zebrać myśli, nie udziela odpowiedzi czy wyjaśnień, rzadko wnosi coś nowego do sprawy, a przy tym cały czas unosi się ponad wszystkimi, jakby pozjadała wszelkie rozumy. Zdarzały się sytuacje, w których pytała o coś, co wiem nawet ja, prosty czytelnik i żaden tam specjalista. Niekonsekwencja w kreowaniu tej postaci jest wręcz komiczna – ot, przykład: Ottavia nie rozumie kim są nestorianie i musi o to pytać, ale kilka stron dalej na hasło „asasyni” nawiązuje do... serii gier Assassin's Creed. Naprawdę, nawet nie wiem, jak to skomentować.

Pomimo paskudnego charakteru bohaterki były chwile, gdy mogłam się z nią identyfikować.


Mogłabym jeszcze długo podawać przykłady wyjaśniające, dlaczego mam do pani Asensi wielki żal za to, co zrobiła Ottavii w tym tomie... ale myślę, że tyle wystarczy. Już rozumiecie, skąd moje pytanie z początku tej recenzji? Z przykrością stwierdzam, że w „
Powrocie katona doktor Salina straciła cały charakter – teraz nie jest zabawna ani sympatyczna, tylko po prostu wkurzająca i niewiarygodna. W poprzedniej części jeszcze dała się lubić, a tutaj – no za nic. A ponieważ to właśnie ona opowiada nam całą historię, można się łatwo i skutecznie zniechęcić do lektury. Mnie się zdarzało – pomimo sympatii do pomysłów Asensi i podziwu dla jej wiedzy, albo z niesmakiem odkładałam książkę, albo wyżywałam się na Bogu ducha winnych karteczkach, robiąc pełne jadu notatki.

Poza postacią Ottavii mam jeszcze dwa duże problemy z tą książką.

Problem pierwszy – drewniane dialogi. W „Ostatnim katonie”
rozmowy między bohaterami też nie były najlepsze, ale tutaj jest po prostu gorzej. Dużo gorzej. Niekiedy konwersacja to po prostu wygłaszanie odpowiednich kwestii w odpowiednim czasie, zupełnie jak w teatrze antycznym, i zastyganie w bezruchu w oczekiwaniu na dalszy rozwój fabuły. Kiedy indziej znowu kilka osób omawia jeden wątek, przekazując sobie głos jak pałeczkę w sztafecie. Zupełnie jakby się umówili i rozpisali sobie kwestie... albo gdyby autorka chciała włączyć do dialogu maksymalną liczbę osób i to w wyjątkowo niezgrabny sposób. W efekcie dialogi nie są błyskotliwe czy inteligentne, tylko po prostu sztuczne. Mało tego – niekiedy bywały wręcz żenujące. Przykład? Proszę bardzo:

„– Nie martw się, Becky – pocieszyłam ją. – Właściwy trop jest w trzecim liście Marco Polo.
Jake, który także wyglądał na smętnego, podskoczył w aksamitnym fotelu z tą swoją witalnością nie do zdarcia.
– Więc na co czekamy? – zagadnął z zaraźliwym uśmiechem. – Bierzmy się za niego!
– Za kogo? – zapytałam stopiona jego żywiołową reakcją.
– Nie za kogo, tylko za co. Za trzeci list Marco Polo, pani doktor – wycedził były katon.”

To chyba miało być zabawne, ale... nie wyszło. Nie wyszło przez to, że bohaterka jest tępa jak obuch siekiery, nie wyszło przez sztywne jak deska wypowiedzi bohaterów i nie wyszło dlatego, bo to ogólnie słaby żart. Nie wiem, czy to kwestia specyficznego poczucia humoru autorki, czy po prostu niezgrabnego tłumaczenia. Nie wnikam.

Problem drugi – przesadnie rozbudowane, nużące opisy. Na początku miałam zamiar solidnie się rozpisać, ale po namyśle uznałam, że nie ma potrzeby. Wystarczy tylko rzucić okiem na ten cytat:

Nie, podczas przepisywania tego cytatu nie zgubiłam żadnej kropki.


Tak, proszę nie regulować odbiorników. Dobrze widzicie – cały ten fragment to jedno zdanie! Nie wiem, o czym myślała tłumaczka i gdzie była redakcja. Jak można było dopuścić, by takie olbrzymie zdanie ukazało się drukiem?

Dodatkowe baty należą się za rozmyślania Ottavii na temat okropnego smaku hamburgerów z koszernym mięsem i jej buntu przeciwko zjedzeniu ich, gdy alternatywą jest głodowanie. Tak, są takie rozważania i niestety zajmują więcej niż dwie linijki. Nie mam pojęcia czemu miał służyć ten fragment – zwłaszcza, że znalazł się w miejscu potencjalnego napięcia. Jedynym celem jego istnienia jest jeszcze mocniejsze obrzydzenie czytelnikowi Ottavii i może zapałanie sympatią do oschłego i bardzo demonizowanego kapitana Glauser-Röista. Kaspar często warczy na bohaterkę, ruga ją, przywołuje do porządku, zawstydza, a mnie za każdym razem sprawiało to satysfakcję. Jego chłodne podejście było balsamem na rozbuchany egocentryzm doktor Saliny.

Mam świadomość, że to, co do tej pory napisałam raczej nie zachęca do lektury. Nie będę ukrywać, że „Powrót katona”ogromnie mnie rozczarował. W stosunku do poprzedniej części stoi na zdecydowanie niższym poziomie – przynajmniej technicznie, bo opowiedziana historia ponownie jest szalenie ciekawa. I chyba właśnie tu tkwi problem – Matilde Asensi opowiada nam coś fantastycznego, ale w dosyć nieporadny sposób. Drewniane dialogi, przydługie opisy, nudna ekspozycja i okropnie irytująca główna bohaterka skutecznie zabijają całą radość z poznawania tajemnicy ossuariów. Nie jestem pewna, czy około stu stron dobrej zabawy rekompensuje mi męczenie się z poprzednimi trzystoma. Dlatego o ile „Ostatniego katona” polecam, tak do kontynuacji radzę podejść ostrożnie. A może najlepiej wcale.

___________________________________________________________

Powrót katona
Matilde Asensi
Wydawnictwo Sonia Draga
Katowice 2016
Stron: 554

You Might Also Like

0 komentarze

Instagram