Seria o Dorze Wilk - podsumowanie

13:30





Heksalogia o Dorze Wilk za mną. Przeczytałam uważnie wszystkie sześć tomów, zrobiłam notatki i zebrałam wszystkie moje refleksje w dwie olbrzymie recenzje. Teraz, gdy przyjrzeliśmy się już wszystkim częściom serii autorstwa Anety Jadowskiej czas podsumować obserwacje i wyciągnąć wnioski. A będzie ich sporo...


 
Oczywiście  w dwóch poprzednich wpisach (PIERWSZY, DRUGI) nie napisałam wszystkiego – o tej heksalogii można mówić naprawdę długo. Każdy czytelnik może doszukiwać różnych rzeczy, zwracać uwagę na inne wątki i sytuacje, wyciągać z nich własne wnioski. Ale nie o to chodzi, by wypisać wszystko – zwróciłam tylko uwagę na najważniejsze punkty. Jak można podsumować to wszystko? Czy seria o Dorze Wilk Anety Jadowskiej to dobra literatura? Czy polecam lekturę?

Nie. Zdecydowanie nie.
 
Nie jest to może najgorsza rzecz, jaką w życiu przeczytałam, nie jest też najgłupsza (bo Bezdomnej Katarzyny Michalak chyba nic nie przebije), ale zawiera tyle drobnych potknięć, głupot i wpadek, że nie mogłabym jej z czystym sumieniem polecić. 
Zaczynając od spraw ogólnych – przede wszystkim nie podoba mi się to, że dostałam coś innego, niż oczekiwałam. Wydawnictwo trochę nas oszukuje, wciskając romans paranormalny z fantastyczną Mary Sue i haremem boskich mężczyzn wmawiając nam, że to urban fantasy. Tymczasem samego miasta jest tutaj jak na lekarstwo – brakuje klimatu, magiczny Thorn jest przesłodzony i przez większość sagi pusty, a Trójprzymierze ledwo zarysowano, o innych miejscach nawet nie wspominając. Po głębszym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że nawet prawdziwy Toruń wypada blado – jest go po prostu mało. Za mało, by mówić tutaj o urban fantasy.

Podstawowym problemem heksalogii o wiedźmie jest coś, o czym mówiłam już wielokrotnie – Dora Wilk to Mary Sue, co rozkłada całe potencjalne napięcie na łopatki. Nie da się emocjonować przygodami kogoś, kto jest cudowny, wspaniały i ma tyle różnych supermocy, że aż nie wie, czym porazić swoich wrogów. Czasami odnosiłam wrażenie, że jakaś tam naprędce sklecona fabuła jest tylko pretekstem do mówienia, jaka Dora jest wspaniała i zachwycaniu się szeregami wspaniałych mężczyzn pozostających na jej skinienie. I nie chcę nikogo obrażać ani lecieć prywatą, ale mam mocne wrażenie, że Aneta Jadowska stworzyła lepszą wersję samej siebie i umieściła się w realiach i sytuacjach, które sama chciałaby przeżyć. Jednym z dowodów – koronnych, moim zdaniem – jest magiczne imię, jakie nosi Dora: Jada. Wiedźma Jada... a autorka ma na nazwisko Jadowska. Przypadek? Nawet Open Office nie sądzi, bo uparcie poprawia mi „Jada” na „Jadowska”. 


Styl, jak wspomniałam, zmienił się na przestrzeni całej sagi. W „Złodzieju dusz” było... no cóż, tak sobie. Dialogi i opisy drażniły i właściwie do trzeciego tomu postacie nie rozmawiały ze sobą tylko wygłaszały przemówienia, trochę jak w teatrze antycznym. Byłabym jednak okropnie niesprawiedliwa, gdybym powiedziała, że cała seria jest napisana kiepsko. Nie, Jadowska wyraźnie się wyrabia, można to zauważyć. Z tomu na tom było coraz lepiej, zgrabniej i sensowniej, chociaż ilość słodkości ciągle jeszcze może przyprawić o ból zębów, podobnie zresztą jak kwieciste opisy i zabawne żarciki bohaterki w miejscach, w których one nie pasują. 

Seria o Dorze Wilk jakoś znajdzie sobie miejsce na moim regale.

Porównując ze sobą wszystkie tomy sagi można zaobserwować wiele ciekawych rzeczy – między innymi to, że całe uniwersum nie było do końca przemyślane i zaplanowane. Zamiast wyłaniać nam się z kart książek, ono dosłownie budowało się na naszych oczach. Co gorsza, autorce zdarzało się nagle dorzucić coś tylko dlatego, że wyglądało fajnie, albo w połowie serii zmienić koncepcję na ten czy tamten wątek. Doskonale widać to na przykładzie wilkołaków. W pierwszym tomie opisywani byli jako – przepraszam za wyrażenie – tępe buce, zajmujące się gangsterką, słuchające prymitywnego rapu, myślące tylko o seksie i walkach między sobą. Takie trochę bardziej ludzkie zwierzęta. Ale gdy tylko Dora zaczęła mieć coś wspólnego – konkretniej odkryła swoją wilczą babkę i dostała tytuł honorowej alfy – nagle okazało się, że właściwie wilczki wcale nie są takie złe. Mają swoje zasady, są honorowe, słuchają muzyki akceptowalnej przez bohaterkę, no i w ogóle fajnie się z nimi żyje. Piękny przykład na to, jak punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.


Innym dowodem na pośpiech podczas pisania (albo niedokładne zaprojektowanie uniwersum) są błędy logiczne,
które pojawiają się raz za razem. Przykład? Proszę bardzo: różnica czasu pomiędzy Toruniem a Thornem. Jednym z pobocznych wątków w „Złodzieju dusz”  jest sprawa z nastoletnią samobójczynią, którą ma uratować Joshua. Z wyjaśnień bohaterów dowiadujemy się, że gdy w normalnym świecie mija sekunda, to w Thornie upływa aż 36 godzin – i w tym czasie anioł ma uratować od potępienia ową dziewczynę. Jasne i klarowne? No nie do końca. W „Egzorcyzmach Dory Wilk”  bohaterka mówi wyraźnie, że pomiędzy światem realnym a tym magicznym nie ma żadnej różnicy. Pozwolę sobie umieścić cytat:

"Wciąż zaskakiwały mnie takie dziwne zawirowania czasu między piekłem a realnym światem. Czas zwalniał lub przyspieszał wedle jakichś dziwacznych praw, których nie dawało się opisać żadnym znanym mi wzorem. To dezorientowało. Między Thornem a Toruniem nie było różnicy czasu, na szczęście – inaczej moje życie przez ostatnie lata byłoby jeszcze bardziej zakręcone."

Ups?

Zaobserwować można także jak słowa narratora – w tym przypadku Dory (albo przemawiającej przez nią autorki) rozmijają się z tym, co wyłania się z akcji. Koronnym przykładem całkowitego rozdźwięku między tym, co Jadowska chciała mieć, a co dostała, jest postać Joshui najgorszego anioła stróża wszech czasów. Naprawdę, z całego gadania o tym, jak to anioł i wiedźma są ze sobą połączeni, jak to Dora zawsze może na niego liczyć, totalnie nic nie wynika. To znaczy przepraszam, wynika – ale tylko wtedy, gdy autorce jest wygodnie. I tak w pierwszym tomie Joshua uratował sytuację pojawiając się absolutnie znikąd i wchodząc w pełnię majestatu, by uratować wiedźmę z opresji. Ale już w czwartym tomie, gdy napadła ją wilcza wataha, pojawił się dopiero grubo po fakcie. Precyzji czasowej zabrakło mu też w „Egzorcyzmach Dory Wilk”, gdy bohaterka została pojmana przed kościołem (!) i gdy była maltretowana w piwnicy przez żmija Aleksandra. Nie pojawiał się też potem, gdy dziewczyna wielokrotnie walczyła z różnymi przeciwnikami. Joshua kompletnie zniknął z fabuły także w tomie szóstym, kiedy Dora wypowiedziała wojnę alfie Thornu. A co potem? Doskonałym podsumowaniem jest jedna z ostatnich scen szóstego tomu, gdy anioł patrzy obojętnie na tajemniczego, wyraźnie zagubionego człowieka snującego się po plaży bez koszulki i czapki i nawet nie kiwa palcem. Wszystko jest w porządku, on ma urlop i woli popijać drinka, wygodnie wyciągnięty na leżaku. Tak dużo było gadania o jego niewiarygodnej empatii, ale najwyraźniej skończyła się ona na „Zwycięzca bierze wszystko”, gdy Miron i Dora tego potrzebowali. Nie wykraczała też ona poza... wchodzenie w umysł Mirona, gdy ten uprawiał seks z Dorą. Tak, były takie wątki – ponieważ Joshua nie chciał dorosnąć jako anioł i dać się wkręcić w tryby anielskiej biurokracji, musiał pozostać prawiczkiem. A że wiedźma rozpalała go do czerwoności wszyscy we trójkę uznali, że będzie fajnie i miło, gdy chociaż będzie współodczuwał rozkosz Mirona i doświadczał wspaniałych umiejętności łóżkowych Dory. Nie napisałam o tym w samych recenzjach, ale po namyśle uznałam, że warto wspomnieć, że takie rzeczy też się dzieją. Chyba w założeniu to miało być sympatyczne i przyjacielskie, no i stanowić sposób na zjedzenie ciastka i posiadanie ciastka, ale jak dla mnie to po prostu przerażające i z lekka niesmaczne. 

Innym przykładem jest to, co stało się z Mironem w tomie „Wszystko zostaje w rodzinie”. Ale o tym już pisałam, nie będę się powtarzać.
 
Przez całą sagę konsekwentnie jest też stosowany zabieg polegający na opisywaniu czegoś lub kogoś w taki sposób, by czytelnik nie miał pojęcia, o kogo chodzi. Przykładowo: Dora zastanawia się, do kogo może zadzwonić, rozważa, aż w końcu podejmuje decyzję i odbywa rozmowę. Problem jest taki, że o tym, z kim rozmawiała, dowiadujemy się dopiero po fakcie. To sztuczne budowanie napięcia w miejscach, gdzie jest to zbędne, jest irytujące samo w sobie – a co dopiero, gdy pojawia się po kilka razy w każdym tomie? 

Inną okropnie denerwującą rzeczą jest wspominanie mimochodem sytuacji, które wydarzyły się gdzieś między tomami, albo... w sumie nie wiem kiedy. W tak zwanym „międzyczasie”. Jakieś dawne sprawy, postacie, wydarzenia, które poznajemy tylko, gdy Dorze zbierze się na wypominki. A ponieważ ona to już przeżyła, nie rozwodzi się szczególnie nad tym, o czym myśli i zostawia jakiś wątek ot tak, w powietrzu. Czytelnik najpierw wytrzeszcza oczy, a potem wertuje w pośpiechu poprzednie tomy i sprawdza, czy przypadkiem nie ominął jakiejś książki, w której opowiedziana była ta historia. No bo przecież bohaterka nie wspominałaby sobie szczątkowo rzeczy, o których nie było wcześniej mowy, prawda? Prawda?

Takich sytuacji, wątków i zdarzeń jest na pęczki. Można wymieniać i wymieniać, co nie do końca się skleiło, gdzie intryga była szyta tak grubymi nićmi, że możemy dokładnie obejrzeć szwy i co po prostu się rozlazło. Z tego wszystkiego można wysnuć prosty wniosek, że raczej nie spodobała mi się przygoda z Dorą Wilk Czy zatem żałuję, że przeczytałam tą serię? 

Wiem, że zabrzmi to paradoksalnie, ale nie, nie żałuję. Ba, nawet cieszę się, że na nią trafiłam (mogłam zweryfikować wszystkie pochlebne opinie, to się ceni), a jeszcze bardziej cieszę się, że przez nią przebrnęłam od pierwszej do ostatniej strony. Nie było lekko, ale – jak już mówiłam – nie była to najgorsza rzecz, jaką czytałam. Były chwile, gdy potrafiłam się wciągnąć w opowieść... na przykład gdy siedziałam u fryzjera, albo jechałam pociągiem do domu. Czyli w miejscach, gdzie nie trzeba się skupić. Właściwie, jestem skłonna uwierzyć, że komuś ta seria może się podobać. Warunek jest jeden: trzeba całkowicie wyłączyć myślenie, przelatywać wzrokiem tekst i nie analizować tego, co się czyta. Jeżeli odrzucimy potrzebę szukania sensu, przywykniemy do podążania za Mary Sue i znajdziemy sposób na uodpornienie się na słodycz lejącą się z dialogów, zostanie nam w rękach trochę magii, szczyptę polityki i dużo przystojnych mężczyzn. No i lekka rozrywka, w której czasami nawet będzie rozbrzmiewał jakiś nieśmiały wybuch. Ale nie ma się czego bać, przecież wiadomo, że nikt nie zginie. W końcu boska Dora Wilk czuwa nad wszystkim.

Podsumowując całość ostatecznie przyznam, że nie rozumiem zachwytów nad heksalogią o wiedźmie Anery Jadowskiej. Seria książek, która ma tyle niedopatrzeń i błędów, w której pomylono się tak wiele razy, nie powinna być określana jako „przebojowa”. Bo zdecydowanie, seria o Dorze Wilk nie jest przebojem. Na gruncie polskiej fantastyki, która na całym świecie oceniana jest jako jedna z najlepszych, proza Jadowskiej plasuje się gdzieś u dołu środkowej półki. Jeżeli miałabym określić heksalogię jednym słowem, powiedziałabym, że to czytadełka. Ot, lekkie lekturki do poczytania na hamaku czy w pociągu, które nie wymagają zbytniego myślenia – a wręcz przeciwnie, niemyślenie jest zalecane. Tylko tak można się w miarę dobrze bawić. I nie zapłacić kosmicznego rachunku u dentysty za naprawę pościeranych od zgrzytania zębów.


_____________________________________________________________

Seria o Dorze Wilk:
Tom 1 - Złodziej dusz 
Tom 2 - Bogowie muszą być szaleni
Tom 3 - Zwycięzca bierze wszystko
Tom 4 - Wszystko zostaje w rodzinie
Tom 5 - Egzorcyzmy Dory Wilk
Tom 6 - Na wojnie nie ma niewinnych
Aneta Jadowska  
Wydawnictwo Fabryka Słów
Lublin, 2013-2014  

You Might Also Like

0 komentarze

Instagram