Seria o Dorze Wilk - recenzja (cz. II)

13:00

 
Magia, wilki, wampiry, dużo przystojnych mężczyzn, trochę kłopotów, widmo wojny i ona - Dora Wilk. Wiedźma o nietypowym dziedzictwie i wielu mocach. W poprzedniej recenzji złośliwie określiłam ją jako Mary Sue. Czy ten wizerunek utrzyma się w kolejnych tomach sagi Anety Jadowskiej? Dziś biorę pod lupę trzy ostatnie książki - "Wszystko zostaje w rodzinie", "Egzorcyzmy Dory Wilk" i "Na wojnie nie ma niewinnych". 



W poprzednim wpisie przybliżyłam już sylwetkę autorki, opisałam też trzy pierwsze tomy sagi. Bez zbędnych wstępów ruszam zatem na barykady... to znaczy na kolejne części przygód Dory Wilk. Ale zanim zaczniemy, przypomnijmy na szybko, kim jest bohaterka. To ważne, bo po pierwsze każdy tom zaczyna się od takiego krótkiego przypomnienia, co bohaterce udało się osiągnąć, a po drugie ilość tytułów, funkcji i mocy jakie posiada, przekracza normy europejskie (i jakiekolwiek inne).

Dora (zwana także Jadą lub Cahan) Wilk, była funkcjonariuszka toruńskiej policji, jest wiedźmą. I to wiedźmą nie byle jaką – dziedziczy w sobie dwie sprzeczne linie magiczne (magii płodności i magii Pani Północy). Razem ze swoim kochankiem – diabłem Mironem – i jego przyjacielem, aniołem Joshuą (z którymi łączy ją triumwirat), mieszka w alternatywnym mieście magicznych istot, Thornie, gdzie pełni funkcję namiestniczki Starszyzny. Oprócz tego, jest też honorową alfą stada wilkołaków w Trójmieście (w poprzednim tomie okazało się, że jej odległą przodkinią była wilcza bogini), a także po części wampirzycą i ma własny wampirzy klan – obydwa w Trójprzymierzu, magicznym odpowiedniku Trójmiasta. 
 
Tyle tytułem wstępu, teraz streszczenia książek, a na końcu podsumowanie całości. Tylko ostrzegam: w tej części recenzji może się pojawić nieco więcej koniecznych spoilerów. Osoby, które są na to wrażliwe, niech czują się ostrzeżone.

Tom 4 – „Wszystko zostaje w rodzinie”
Wiecie, jaki jest problem z pełnieniem wielu funkcji i posiadaniem licznych darów? Taki, że trudno nad nimi wszystkimi zapanować. To właśnie spotyka Dorę w czwartym tomie heksalogii. Kruchutki jak beza spokój, jaki panował w skomplikowanej „rodzinie” bohaterki załamał się akurat w chwili, gdy skończyła ona zbawiać magiczny świat. Zapomniany wróg powraca i snuje niecne plany, wprowadzając zamęt porównywalny z tym, panującym na uczelni przed sesją, a pełnienie honorowej funkcji wcale nie oznacza nie pełnienia jej wcale (ot, niespodzianka). A ponieważ często za jedną zepsutą rzeczą psują się kolejne, nasza wiedźma musi uporać się też z problemami w związku. Czy poradzi sobie z tym wszystkim? 

Cóż... wystarczy zerknąć do poprzedniej części recenzji, by odpowiedzieć sobie na to pytanie. Ale hej, nie bądźmy tacy, i powiedzmy więcej o fabule – zwłaszcza, że w tej części cyklu możemy zaobserwować sporo zmian.

Wszystko zostaje w rodzinie ma dwa główne wątki – „wampirzy” i „wilczy”. Pierwszy opiera się na tym, że wampiry w Trójprzymierzu zaczynają ginąć. Okazuje się, że cierpią na dogasanie – ichniejszą odmianę depresji – i masowo popełniają samobójstwo po prostu wychodząc na światło dziennie. Początkowo Gajusz, przywódca wampirów, nie kwapi się, by prosić Dorę o pomoc w wyjaśnieniu tej sprawy, ale wkrótce nie ma wyjścia: sam także zostaje doświadczony urokiem i aby nie zginąć, musi złożyć swoje nie-życie w ręce znienawidzonej wiedźmy. Bo tak, cały problem sprowadza się do skomplikowanego czaru, który rzuca Albin, potężny wampir z Francji. Jest to postać znana – został wspomniany już w „Złodzieju dusz”, jako ojciec wampira, którego musiała zniszczyć Dora. 

Wątek „wilczy” rozpoczyna się nieco później – w chwili, gdy nasza wiedźma zostaje podstępem ściągnięta do ciemnego zaułka i zaatakowana przez watahę wściekłych wilczyc. Jada zostaje ciężko ranna i wychodzi z tej potyczki ledwo żywa, bo – o zgrozo – nie miała przy sobie żadnej broni. Jak widać, wielokrotnie wspominane doświadczenie policyjne nie zawsze działa. Ewentualnie miała po prostu atak głupoty – nie pierwszy, niestety. 
 
W każdym razie, w tej chwili wiedźma odkrywa dwie rzeczy – po pierwsze, niektóre z jej mocy przyblokowały się z niewiadomego powodu, a po drugie – w stadzie, którego jest alfą, dzieje się coś niedobrego i trzeba to jak najszybciej wyjaśnić. Dzięki temu, we „Wszystko zostaje w rodzinie” mamy okazję dowiedzieć się, jak właściwie działa społeczność wilkołaków w tym uniwersum... i że w sumie całkowicie różni się od tego, co Jadowska opisała w pierwszym tomie. Oprócz tego, poznajemy też kilka nowych postaci, spośród których najistotniejsi wydają się dwaj byli komandosi, a obecnie ochroniarze Dory, czyli Bjorn i Varg. Szczególnie ten ostatni okazuje się ważny, bo którymś momencie dowiadujemy się, że jego wewnętrzny wilk i wilczyca Dory sparowały się, a więc wybrały sobie siebie na partnerów seksualnych. Pechowo dla nich, Jada i Varg nie przepadają za sobą, co jest nam udowadniane na każdym kroku. Serio, nie przypominam sobie, by te dwie postacie chociaż raz rozmawiały normalnie. Dogryzają sobie niemal non stop. W pierwszej chwili może to nawet było zabawne, ale potem coraz bardziej przypomina dziecięce kłótnie o plastikowe grabki.

Według informacji, które udało mi się zdobyć, właśnie podczas prac nad „Wszystko zostaje w rodzinie” Aneta Jadowska dowiedziała się, że seria zostanie wydana. I wiecie co? To naprawdę widać. Warsztatowo i językowo ta część jest o wiele lepsza od poprzednich, zupełnie jakby ktoś postanowił zrobić redakcję i poprawić językowe wpadki z poprzednich tomów. Początkowo książkę czytało się naprawdę przyjemnie, a znikoma ilość słodkich słówek i zdrobnień sprawiała, że nie zgrzytałam zębami co kilka zdań. Na plus można zaliczyć też więcej opisów miejsc – jak chociażby Trumny, czyli wampirzego lokalu. Mam również wrażenie, że autorka próbowała wycofać się z wizerunku superdoskonałej Dory i dodać jej trochę skaz – widać to choćby w momencie, gdy porównuje się do wampirzycy Teresy. Chociaż nasza wiedźma przez trzy tomy była opisywana jako skończona piękność, tutaj – wierzcie mi lub nie – ma kompleksy. Doceniam tę próbę, ale musiałabym nie czytać poprzednich części, żeby widząc coś takiego nie unieść drwiąco brwi. 
 
Poza tym, właśnie na wysokości „Wszystko zostaje w rodzinie”  kompletnie załamuje się wizerunek Dory jako silnej postaci kobiecej. Wyobraźcie sobie, że wystarczyło, by Miron na chwilę odszedł, a bohaterka już jest gotowa do snucia smętnych rozważań o samotności, bólu, cierpieniu, do rozpaczania i łzawych deklaracji... a przynajmniej dopóki na horyzoncie nie pojawi się kolejny fantastyczny mężczyzna. Jedno czułe spojrzenie, jeden uścisk i kilka dwuznacznych, żartobliwych zdań to dość, by nasza wiedźma zapominała o Mironie i zastanawiała się, jakby to było żyć z kimś innym – na przykład z Joshuą. I to jest silna, niezależna postać kobieca? Wolne żarty.

Kolejnym dowodem na to, że Jadowska próbowała zrobić coś z doskonałością Jady, jest odebranie jej niektórych mocy. Niestety, ten zabieg spalił na panewce, bo bohaterka traci niektóre ze swoich zdolności ponieważ... tak. Ponieważ taka była wola autorki, tego potrzebowała do pchnięcia fabuły i do lekkiego dokopania Dorci. Jak to się stało? Co przyblokowało moce? Co je potem odblokowało? Nie wiemy. Ktoś widać uznał, że poznanie realiów świata przedstawionego nie jest nikomu do szczęścia potrzebne, w końcu hej – są rozterki miłosne, szczypta magii i troszkę akcji. No i wampiry i wilkołaki, dwie najbardziej popularne ostatnio rasy. To na pewno przykuje większa uwagę, prawda? 

No nieprawda. Czytelnik zostaje z pytaniami bez odpowiedzi i z mętlikiem w głowie. Czy jednak wprowadza to jakiekolwiek napięcie? Ani trochę – nauczeni doświadczeniami z poprzednich tomów już wiemy, że cokolwiek by się nie stało, bohaterka i tak przetrwa. W końcu umierała już trzy razy... I w tym tomie umiera czwarty. Równie skutecznie, co w poprzednich. Zresztą cała książka kończy tak, jak zawsze – wszyscy źli zostają ukarani, dobro zwycięża, zagubieni odnajdują miłość, a pokrzywdzeni – sprawiedliwość. Ale, ponieważ zostały nam jeszcze dwa tomy serii wiemy, że to jeszcze nie koniec.

Tom 5 – „Egzorcyzmy Dory Wilk”

Wiecie, kiedy pierwszy raz usłyszałam o sadze o wiedźmie-policjantce spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Liczyłam na coś w stylu kryminału fantasy, na śledztwa z wątkami magicznymi, na skakanie pomiędzy światem alternatywnym a normalnym, próby godzenia dwóch różnych rzeczywistości i stałe napięcia między nimi. Przebijając się przez kolejne tomy heksalogii dziwiłam się, że czytam coś zupełnie innego i było mi bardzo smutno. Aż nagle nadszedł tom piąty i aż mi się uśmiechnęłam. W końcu dostałam to, czego chciałam! Bardzo szybko zrobiłam sobie nadzieję na ciekawą lekturę. 

Po przeczytaniu całości doszłam do dwóch wniosków. Po pierwsze, sam pomysł miał spory potencjał, a po drugie – dawno nic mnie tak nie rozczarowało jak ta książka. I to nie o to chodzi, że
Egzorcyzmy Dory Wilk są gorsze od pozostałych tomów serii. Nie – ta część jest po prostu taka sama, jak reszta. I to jest właśnie problem... ale po kolei. 

Patolog Bogna, koleżanka z toruńskiej policji, wzywa Dorę do prosektorium, by obejrzała pewne zwłoki. Ciało martwej kobiety pokrywają wycięte znaki i symbole, które – jak się później okazuje – pochodzą z alfabetu piekielników. Mało tego, podobnych ofiar było więcej i wygląda na to, że po okolicy grasuje jakiś psychopatyczny morderca z magicznego wymiaru. Na potrzeby tej jednej sprawy Dora wraca więc do policji (bo, jak się okazuje, stanowisko było dla niej trzymane – od siedmiu miesięcy przebywa na bezpłatnym urlopie!), by rozwiązać zagadkę. W którymś momencie wiedźma i jej dawny partner, Witkacy (szaman, jak się okazało w połowie sagi) rozdzielają się, zupełnie jak za starych, dobrych czasów. Bohaterka jedzie do kościoła św. Katarzyny by spotkać się z pewnym księdzem... i właśnie po tej wizycie zostaje napadnięta przez dwóch niemagicznych mężczyzn. 

Wiem, że bez tego wydarzenia fabuła nie ruszyłaby dalej, ale nie zmienia to faktu, że cała sytuacja jest najeżona błędami logicznymi. Pozwólcie, że trochę Wam o tym opowiem.

Miejsce, gdzie rozegrała się opisana scena. Zdjęcie kościoła pochodzi z Wikipedii i wykonał je użytkownik o nicku Mateuszgdynia. Po prawej lokalizacja świątyni na mapie Torunia.

Po pierwsze – młoda kobieta zostaje uprowadzona w biały dzień, w pobliżu zabytkowego kościoła na Starym Mieście. Nawet nie znając Torunia łatwo się domyślić, że takie miejsce jest co najmniej uczęszczane, jeżeli nie ruchliwe. Trochę trudno mi więc uwierzyć, że nikt nie zauważył uprowadzenia młodej kobiety... Naprawdę w okolicy nie było żadnych istot ludzkich, które mogłyby – no nie wiem – na przykład zadzwonić na policję? 

Po drugie – ta sytuacja udowadnia, że Dora jest po prostu głupia. Wiecie dlaczego? Bo nie ma przy sobie ani jednej sztuki broni. Daje się podejść jak dziecko, bez żadnego noża, pistoletu, gazu pieprzowego, czegokolwiek. W poprzednim tomie niemal dała się zabić watasze wilczyc, bo nie miała się czym bronić i najwyraźniej niczego ją to nie nauczyło. 

Po trzecie – gdzie, do licha, jest w tym momencie Joshua? Podobno pełni funkcję anioła stróża Dory! Podobno też jest empatą, który potrafi na znaczną odległość wyczuwać emocje. Dlaczego nie zjawił się przy wiedźmie? Dlaczego nie wszedł w pełnię majestatu, dokładnie tak jak w
„Złodzieju dusz”? Co z triumwiratem w chwili, gdy właściwie powinien działać? Albo ktoś tu nie pamiętał, o czym pisał w pierwszym tomie, albo prawidła tego świata są naginane według widzimisię autorki. 

Po czwarte – co z wszystkimi supermocami Dory? Z jej nadludzką szybkością i zwinnością, która w poprzednim tomie pozwoliła jej podczas walki z przywódczynią zbuntowanej watahy wycinać jej na ciele malownicze wzory samej nie będąc ranioną? Co z ćwiczeniami na salce u boku najlepszych demonów? Co z triumwiratem, który ponoć miał pozwolić jej wejść w jej własny odpowiednik majestatu? Co z holograficznymi skrzydłami? I wreszcie – co z bazową mocą magiczną, którą Jada, jako wiedźma, posiada? To pytanie pozwala sobie uświadomić, że owszem, bohaterka walczy w każdym tomie po kilka razy, ale na palcach dłoni pijanego drwala można policzyć sytuacje, gdy
so called wiedźma rzeczywiście używa magii. 

Jak widać, pytania i zastrzeżenia można mnożyć... ale akcja została pchnięta do przodu i chyba to się liczy najbardziej. Dora została porwana i znika swoim przyjaciołom z radarów. Jak się okazuje, jest więziona przez Aleksandra – niewprawnego czarnoksiężnika i żmija (to odmiana bestii; jedną z jego możliwości jest jadowite kąsanie). Steruje nim potężny demon Ibrahim, który ma prywatne zatargi z Baalem i nienawidzi go tak mocno, jak to tylko możliwe. A ponieważ istnieje przepowiednia, że Baal zginie z rąk swojej ukochanej, a zaledwie tom wcześniej Książę Demonów ogłosił w piekle, że Dora to jego pierwsza od wieków oficjalna narzeczona (zrobił to po to, by wywołać zazdrość w Mironie i błagam, nie każcie mi nawet tego komentować), to oczywiście wszystkie tropy prowadzą w tym momencie do niej. I dlatego została porwana, dlatego wmawia się jej, że to wszystko na polecenia Baala (wiecie, żeby podburzyć ją do zbrodni), dlatego każe jej się przyjąć demona uwolnionego z magicznej pieczęci, a gdy Jada nie zgadza się na to, jest torturowana niemal do zgonu. To wszystko byłoby bardzo emocjonujące, gdyby nie fakt, że bohaterka cały czas próbuje zachować rezon, sypiąc głupawymi żarcikami jak z rękawa. 

I to jest właśnie jedna z największych bolączek „Egzorcyzmów Dory Wilk” chociażby nie wiem co złego się działo, chociażby bohaterka cierpiała okropne katusze, a sytuacja była parszywa jak jeszcze nigdy, czytelnik nie ma szans poczuć ani krztyny niepokoju. Cały nastrój jest konsekwentnie rozwalany przez żartobliwe komentarze i nadmierne przegadywanie sytuacji.

W tym miejscu odpuszczę sobie już dalsze streszczanie fabuły, tym bardziej, że więcej informacji byłoby już tylko niepotrzebnym spoilerem. Poza tym, im więcej faktów wyciągniętych z fabuły, tym więcej rzeczy, których nie można nie skomentować, a chcę tutaj napisać recenzję, a nie hejtoksiażkę. Na zakończenie mam jednak jeszcze kilka uwag, którymi nie mogę się nie podzielić. 

Po pierwsze – ten tom jest po prostu przesycony krytyką kościoła katolickiego. Rozumiem, że można w ten sposób zbudować postać i to jest nawet ciekawe, ale co innego rzucenie tu i tam jakiejś kąśliwej uwagi, a co innego chlastanie gdzie popadnie. Jadowska nie odpuszcza żadnej okazji, by wcisnąć Dorze (czy którejkolwiek innej postaci) pocisków pod adresem Kościoła i kleru. Za którymś razem z kolei czytelnik tylko wzdycha z irytacją i zaczyna się zastanawiać, czy to jeszcze mówi postać, czy już sama autorka. 

Po drugie – drobiazgi, ale bardzo znaczące. Wiecie, jak ma na imię jedna z demonic w piekle, podwładna Baala? 
 
Ciri. Tak, Ciri. 
 
Macie skojarzenia z sagą o Wiedźminie? Ja też miałam, dlatego, gdy zobaczyłam to imię, kilka razy przecierałam oczy. Inspirowanie się innymi pisarzami to nic złego, ale są pewne imiona, których się nie wykorzystuje, bo skojarzenie z nimi jest po prostu zbyt silne. Innym przykładem jest porównanie pomocnicy demona Ibrahima do Lary Croft. I nie jest to delikatne zestawienie, ale popkulturowy obuch między oczy. Tylko spójrzcie:

"Przy każdym kroku warkocz kołysał się na wysokości bioder, hipnotyzując. W bojówkach i obcisłym topie wyglądała jak demoniczna wersja Lary Croft."

Po trzecie – sytuacja związana z Baalem. Coś, co nigdy nie powinno się znaleźć w jakiejkolwiek szanującej się książce, a już na pewno nie w takiej formie. Od dwóch tomów pomiędzy Dorą o Baalem rodzi się specyficzna forma przyjaźni, oparta na wzajemnej fascynacji, szacunku i sporej dawce flirtu. W
„Egzorcyzmach Dory Wilk” Książę Demonów przewija się niemal cały czas i kreowany jest na... no cóż, kolejnego fantastycznego mężczyznę w otoczeniu bohaterki. Przyzwyczajamy się do tego, akceptujemy to... I nagle nadchodzi rozdział dwunasty. Zaczynamy czytać i oczy wychodzą nam na wierzch. Bo oto w tym właśnie rozdziale Dora – zapominając kompletnie o Mironie – uprawia namiętny seks z Baalem, który sam do niej przyszedł. Mało tego, już po wszystkim gruchają sobie słodko, mówiąc o łączącej ich więzi i o tym, że mogliby mieć ze sobą dziecko. Ten pełen kwiecistych opisów fragment zajmuje dziewięć i pół strony... 

… a potem następuje przerwa i dowiadujemy się, że to był tylko bardzo intensywny sen. 

Podkreślam – autorka zastosowała zabieg, w którym przez dziewięć stron z pietyzmem opisuje coś absolutnie bezsensownego z punktu widzenia fabuły i kreacji postaci, tworzy skazę zdrady w do bólu idealnej bohaterce, a za chwilę woła, że to był tylko sen. Taki żarcik, rozumiecie.
Gocha, czytelniku! A dalej jest tylko śmieszniej. Okazuje się, że ten sen był efektem uroku rzuconego na wiedźmę i na Baala... ale kto to zrobił? Jak? Po co? Tego nie dowiadujemy się do samego końca. Cały ten absurdalny fragment nie jest w żaden sposób wyjaśniony i bardzo szybko znika, a bohaterowie przechodzą z nim do porządku dziennego, jak gdyby nigdy nic. Tak się po prostu nie robi. To nie ma najmniejszego sensu i nie mam pojęcia, dlaczego ten fragment pojawił się w książce. Jeżeli ktoś ma jakieś pomysły, niech pisze. Moja kreatywność chyba się wyczerpała. 

Tak czy siak, fabuła idzie dalej i powoli zmierzamy do końca. Gdy już wydaje się, że wszystkie problemy zostały zażegnane, znienacka pojawia się nowe zagrożenie.

Pamiętacie Varga? Wilka, z którym wewnętrzna wilczyca Dory się sparowała? Otóż nagle znika on na terytorium Brunona – wilczego alfy Thornu, członka Starszyzny i wielkiego przeciwnika Dory. Wszystko wskazuje na to, że został uprowadzony. Dzięki tym informacjom „Egzorcyzmy...” kończymy czytać z napięciem – bo oto z kilku ust pada deklaracja o wypowiedzeniu wojny. Szykuje się naprawdę wybuchowe zakończenie serii, więc skuszeni obietnicami sięgamy po ostatnią książkę... 


Tom 6 –
„Na wojnie nie ma niewinnych

… i po jej lekturze jesteśmy rozczarowani jak nigdy w życiu. 

Zanim przybliżę fabułę, muszę coś powiedzieć od siebie – żałuję, że dałam się nabrać na starą jak świat sztuczkę „rozdmuchajmy koniec, zapowiedzmy cuda, bo jak już kupi kolejny tom, to z nami zostanie”. Obiecanki, cacanki, a głupiemu radość. 


Przez pierwsze rozdziały Na wojnie nie ma niewinnych” nieustannie wraca temat wojny. Właściwie przez cały czas mówi się o wielkim planowanym starciu, o walkach, które mogą zachwiać spokojem Thornu, o ścieżkach, z których nie będzie powrotu i tego typu rzeczach. Rysuje nam się przed oczyma apokalipsa, jesteśmy niemal pewni, że zaraz wszystko wybuchnie, a my będziemy to obserwować z wypiekami na twarzy... I co? No właśnie nic. Cała ta szumnie zapowiadana wojna okazała się być jedynie bitwą podwórek, walką między gangami wilków. Rzeczą, która może zainteresowała inne rasy, a niektóre mimowolnie wmieszała w konflikt, ale w sumie nie miała na resztę żadnego większego wpływu. Wystarczy zacytować słowa jednej z postaci – wampira Romana, członka Starszyzny:

„– Doszły nas słuchy o tym, że wypowiedziałaś wojnę – Roman wciąż był prowadzącym talk-show ale szczerze mówiąc, ciężko mi dopatrzyć się jakichś konkretnych, widowiskowych skutków ubocznych. Gdy Gardiasz na przykład był w stanie wojny z Anubisem, przez Europę przeszła spora epidemia i ciała leżały na ulicach w stosach. Gdy Katarzyna miała swój mały zatarg z Ariadną, Panią Odkrytych Ścieżek, po wszystkim mieliśmy spore problemy z likwidacją powodzi zalewającej pół Polski. O swoim dojściu do obecnej rangi przez skromność nie wspomnę, ale rozumiesz, o czym mówię. Błysnął ząbkami w uśmiechu. Twoja wojna... cóż, chyba nie bardzo zasługuje na miano wojny, prawda? Nic nawet solidnie nie wybuchło!”

Zaorane, jak to się mawia w Internetach. 

O co chodzi? Pod koniec poprzedniego tomu dowiedzieliśmy się, że Varg – partner wilczycy Dory – zniknął w tajemniczych okolicznościach. Za jego porwanie najprawdopodobniej odpowiedzialny jest Bruno, alfa wilków w Thornie, który od samego początku wyraźnie nie znosi Jady. Co więcej, okazuje się, że jest on zamieszany w ponure interesy prowadzone przez niejakiego Grizzly'ego – byłego producenta brutalnych filmów porno, który teraz zmienił branżę i zajmuje się organizacją nielegalnych walk między zmiennymi (magicznymi istotami, które potrafią zmieniać się w zwierzęta). Dora podejrzewa, że jednym z zawodników może być Varg. Mało tego, wiedźma wyczuwa, że jest on bliski utracie człowieczeństwa i obłędowi. A ponieważ jej wilk i wilk Varga są ze sobą połączone, jeżeli jedno zwariuje, drugie też to czeka. Czasu zostało niewiele, bo tylko kilka tygodni do decydującej pełni. Potem będzie już za późno. Rozpoczyna się więc dramatyczny wyścig z czasem... 

Ten tom, jak na finał przebojowej serii (co obiecuje nam okładka) jest raczej słaby i nudny, głównie przez szumnie zapowiadaną wojnę, której wcale nie było. Poza tym cierpi też na kilka bolączek, które uważnemu czytelnikowi skutecznie zepsują jakąkolwiek zabawę

Po pierwsze – główny antagonista tego tomu, Bruno, jest po prostu idiotą. Zachowuje się skrajnie nielogicznie i popełnia takie błędy, że nie wiadomo, czy się złościć, czy litować. Tylko sobie wyobraźcie: alfa Thornu jest zamieszany w interesy tak szemrane, że grozi mu to nawet śmiercią, a mimo to nie waha się ściągnąć na swój teren Egzekutora Dłoni (takiej wilczej Inkwizycji) po to, by uważniej przyjrzała się Dorze. Poza tym, zwraca na siebie uwagę używając do niewolenia istot magicznych takiego rodzaju uroku, o którym wie tylko on i jego trzymający się na uboczu brat. No i Dłoń oczywiście. Bardzo sprytne. Mało tego! Bruno, uciekając ze swojego domu zostawia przedmiot, który pozwalał mu szantażować wiedźmę Katarzynę (mentorkę Dory) i przewodniczącą Starszyzny Thornu. Mam wymieniać dalej? Kogoś tak głupiego, tak pozbawionego zdrowego rozsądku i sprytu po prostu nie da się traktować poważnie – a fakt, że Dora ma problem z jego pokonaniem stawia ją w niezbyt korzystnym świetle. Naprawdę, przeciwnicy z trzech pierwszych tomów byli kilka razy bardziej potężni i niebezpieczni. 

Kreacja Dory w tej części sagi to drugi powód, dla którego można zgrzytać zębami. W
„Na wojnie nie ma niewinnych”  Jadowska kontynuuje strategię osłabiania przepakowanej mocami wiedźmy, tym razem robi to jednak w wyjątkowo drażniący sposób. Oto Jada – potężna (co było podkreślane wielokrotnie) obdarzona wieloma talentami i darami, pełna sprytu i pasji, silna postać kobieca, znów zamienia się w typową „damę w opresji”. Nie radzi sobie praktycznie z niczym i we wszystkim potrzebuje pomocy – a to wilków, a to wyjątkowo życzliwego wampira Romana, a to innych osób. W pewien sposób doceniam próbę naprawienia błędnie skonstruowanej bohaterki, ale, jak już pisałam, pewnych rzeczy cofnąć się nie da. 

Trzecią rzeczą, która uwierała mnie w tym tomie była konstrukcja fabuły. Sytuacja została nakreślona w taki sposób, żeby wywołać w nas napięcie – bo nie mamy żadnych tropów, jest bardzo gorąco, bohaterowie mają nerwy napięte jak postronki, a czas dramatycznie się kurczy. W teorii jest to doskonała podstawa do stworzenia wartkiej, wciągającej fabuły. 

No, chyba że ktoś uzna za stosownie akurat w takiej chwili popisać się gibkością pióra i umiejętnością tworzenia wspaniałych, rozbudowanych opisów. 

Tak właśnie zrobiła Jadowska – w miejscach, gdzie akcja powinna galopować, spowalniają ją przemyślenia Dory, gdzie bohaterowie powinni uwijać się jak mrówki, oni się kręcą, jakby brodzili w bagnie i ucinają sobie pogawędki, bo tego nigdy nie dość. W efekcie czytelnik, zamiast się zachwycać, tylko zgrzyta zębami, warcząc „czy ktokolwiek pamięta tu jeszcze o cierpiącym i torturowanym Vargu?” 

Kolejną drażniącą mnie rzeczą był język. Dora w tym tomie przeklina więcej niż przez resztę sagi i częściej, niż to jest konieczne. Może to miało podkreślić, jaką twardą babką jest bohaterka, ale przykro mi – dwa akapity wyżej napisałam dlaczego to nic nie daje. Dodatkowym minusem jest uparte powtarzanie dwóch fraz: „podpalę świat, żeby...” i „na wojnie nie ma niewinnych” (bo przecież jakoś trzeba wyjaśnić ten tytuł). Ja wiem, że można wymyślić jakieś powiedzonko i bardzo je polubić, ale co za dużo, to niezdrowo. 

Mogłabym jeszcze długo wymieniać wady, które dostrzegłam w tej książce – ot, chociażby karykaturalne przedstawienie Gryzzli'ego czy nagłe zniknięcie Mirona, Joshui (doskonały anioł stróż) i Nathaniela tylko po to, by autorce było wygodniej pokazać zagubioną Dorę w tarapatach. Daruję sobie jednak, bo to, co do tej pory powiedziałam zdecydowanie wystarczy do wyrobienia sobie zdania na temat tej książki. 

Teraz czas na ogarnięcie całości. Ponieważ jednak już teraz recenzja ma pełne sześć stron, ogólne podsumowanie przeniosę do oddzielnego wpisu. Publikuję je od razu jeden po drugim, więc jeżeli jeszcze macie siły, możecie łatwo się tam dostać klikając TUTAJ, lub odłożyć lekturę na później.


You Might Also Like

0 komentarze

Instagram