Zimny dzień w Raju - recenzja

20:43


Śmierć pociąga za sobą śmierć. Brutalne morderstwa w sennym Paradise, psychopatyczny zabójca i on – Alex, były policjant z Detroit a teraz prywatny detektyw. Niespodziewane wydarzenia zmuszą go do zmierzenia się nie tylko z przestępcą, ale przede wszystkim z własną, bolesną przeszłością. "Zimny dzień w Raju" rozpoczyna obsypaną nagrodami serię o detektywie Aleksie McKnight'cie... ale czy warto po nią sięgnąć?



Zanim się tego dowiemy, poznajmy najpierw autora. 


„Zimny dzień w Raju” napisał Steve Hamilton – amerykański autor kryminałów i laureat prestiżowej nagrody Edgara za najlepszą powieść i najlepszy debiut. Poza tym nominowany był także do innych nagród – jak chociażby tych przyznawanych przez British Crime Writers' Assotiation. Hamilton najbardziej znany jest z jedenastotomowej serii o Aleksie McKnight, byłym policjancie z Detroit. Całą serię, a zarazem i pisarską karierę autora rozpoczęła wydana w 1998 roku książka „Zimny dzień w Raju”. Pierwszą nagrodę zdobyła ona jeszcze przed wydaniem – później zgarnęła jeszcze cztery, w tym wspomnianą już nagrodę imienia Edgara Allana Poe. 

Z tych informacji można wywnioskować, że autor jest osobą dosyć znaną, a jego debiutancka książka jest po prostu świetna. Czy tak jest w istocie? 

 No... nie do końca. Prawdę mówiąc, uważam ją za powieść dosyć przeciętną. Dlaczego? Już wyjaśniam.

Bohaterem „Zimnego dnia w Raju” jest Alex McKnight emerytowany policjant z Detroit. Ze służby musiał odejść po wypadku, który miał miejsce podczas jednej z akcji – w wyniku nieoczekiwanej strzelaniny jego partner został zastrzelony, a on sam ledwo uszedł z życiem. Pamiątką po tamtych chwilach jest kula, tkwiąca milimetry od serca Aleksa, której ze względu na ogromne ryzyko nie dało się wyjąć. Od tego czasu były policjant całkowicie wycofał się ze służby i opuścił niebezpieczne Detroit. Teraz od czternastu lat mieszka w małym, zimnym miasteczku Paradise (a polski tłumacz uparł się na przekładanie tej nazwy) w stanie Michigan, gdzie pracuje jako prywatny detektyw i dorywczo wynajmuje domki myśliwym. 

Niespodziewanie, w do bólu monotonną rzeczywistość Paradise wkrada się groza. Tajemniczy i brutalny mord rozpoczyna całą serię zbrodni, a Alex, niejako wbrew sobie zostaje wplątany w śledztwo. Już wkrótce z przerażeniem odkrywa, że morderca może mieć coś wspólnego z Rosem – mężczyzną odpowiedzialnym za śmierć jego partnera. Demony McKnighta budzą się do życia, a on sam wpada w paranoję. Dostaje róże i listy, w których ktoś twierdzi, że odpowiada za kolejne morderstwa i że robi to... właśnie dla niego. Uwikłany we własną przeszłość i mają przeciwko sobie miejscową policję Alex próbuje rozwiązać zagadkę morderstw w Paradise, odnaleźć nawiązującego z nich chorobliwą więź przestępcę... a przy tym pozostać przy zdrowych zmysłach, co jest o wiele trudniejsze. Z czasem przyjdzie mu odpowiedzieć sobie na pytania nie tylko o własną poczytalność, ale także o to, kogo może nazwać przyjacielem, a kogo nie. Bo nie wszystko jest takim, jakim się wydaje... 


Mam taką zasadę, że gdy recenzuję kryminał, mówię o fabule maksymalnie oszczędnie, żeby uniknąć spoilerów. Zdaję sobie sprawę, że w tym gatunku jak w żadnym innym ważne jest utrzymanie niespodzianki i zaskoczenie czytelnika, dlatego w tym miejscu zakończę streszczanie „Zimnego dnia w Raju” i skupię się na ocenie samej książki. A co mogę o niej powiedzieć? Przede wszystkim: byłoby bardzo dobrze, gdyby nie dialogi. 

W opublikowanej ostatnio recenzji „Powrotu katona” pisałam coś o drętwych dialogach. Zapomnijcie o tym. W debiutanckiej powieści Steve'a Hamiltona rozmowy między bohaterami są niekiedy tak sztywne, że nie pomógłby im nawet nekromanta. Przykłady mogę mnożyć, ale szczególnie w pamięci utkwił mi ten samego początku książki. Bohaterowie znajdują w pokoju hotelowym martwą osobę – a że jest martwa poznajemy po tym, że cały pokój tonie we krwi. W ramach reakcji Alex i jego przyjaciel rozmawiają sobie tak: 

 „– Nie żyje? 
– Słucham? – zapytałem. 
– Czy on nie żyje? 
– Czy nie żyje? Pytasz mnie, czy nie żyje?”

 Rozumiem, że to niespodziewana sytuacja i że rozmówca McKnighta – zwykły człowiek, biznesmen – może być w szoku, ale ta dyskusja jest po prostu kuriozalna. Tym bardziej, że – jak się okazuje – żaden z panów nie wpadł na to, by zawiadomić policję. 

W tym dialogu razi mnie jeszcze jedna rzecz – informacja od narratora, że bohater o coś zapytał, gdy wynika to jasno nawet z zapisu. Niestety, jeżeli ktoś ma zamiar przeczytać „Zimny dzień w Raju”, powinien się przyzwyczaić – takie rzeczy to norma w tej książce. Bo przecież ktoś mógłby... no nie wiem, uznać, że znak zapytania na końcu zdania postawiono dla zmyłki.

Jeśli chodzi o samą fabułę – pomysł niewątpliwie miał potencjał. Wszechobecny strach, atmosfera zaszczucia i psychopatyczny wielbiciel-morderca to składniki, z których można skomponować naprawdę ciekawą powieść. Ale „Zimny dzień w Raju” ciekawą powieścią nie jest. Przez większość czasu nudzi niemiłosiernie, akcja nie tyle się toczy, co po prostu wlecze, a toczące się niekiedy przez całe strony dialogi nie prowadzące do niczego tylko pogarszają sprawę. Dopiero pod sam koniec wydarzenia nabierają tempa i robi się ciekawiej. Rzecz jasna nie zdradzę, kto stał za morderstwami w Paradise, ale powiem tylko, że mnie rozwiązanie zagadki zaskoczyło. 


W debiucie Steve'a Hamiltona irytujące było też nieustanne rozwodzenie się nad kulą tkwiącą w ciele Aleksa. Detektyw jest narratorem opowieści i podczas całej akcji wraca do swojej kuli jakieś kilka, jeśli nie kilkanaście razy. Ja rozumiem, że to szokujące, że można mieć uraz i tak dalej, ale od postrzału minęło już czternaście lat! Mając w ciele kawałek metalu przez ponad dekadę bohater powinien się już do niej przyzwyczaić. Trudno mi wyjaśnić, czemu miało służyć tak częste i wręcz nachalne podkreślanie tej kwestii. Po kilku razach współczucie zamienia się w złość i wywracanie oczami, a bohater z ofiary staje się zwyczajną miękką kluchą. Miękką do czasu, aż styka się z policją – wtedy wstępuje w niego diabeł, zwany syndromem „jestem lepszy od was wszystkich”. Bo to, że McKnight jest byłym policjantem daje mu prawo do ignorowania miejscowych przepisów i funkcjonariuszy, prawda? 

 „Zimny dzień w Raju” kupiłam spontanicznie, skuszona dobrze zapowiadającymi się opisami. To był błąd, bo pierwszy tom serii o Aleksie McKnight nie tylko mnie nie zachwycił, a wręcz rozczarował. Nie uważam jej za złą książkę – jest po prostu bardzo nudna, a powtarzające się wzmianki o kuli w ciele bohatera i niepotrzebne dłużyzny tylko spowalniają już i tak senną akcję. Czytelnik czyta niejako siłą rozpędu, od morderstwa, do morderstwa, wydarzenia pomiędzy tylko przelatując wzrokiem. Zdecydowanie najsłabszym ogniwem są tu dialogi – przydługie i nienaturalne, a dodatku niekiedy niezbyt dobrze zapisane. Trudno mi powiedzieć, czy to kwestia braków warsztatowych autora (bądź co bądź „Zimny dzień w Raju” był jego pierwszą powieścią), czy braku zdolności u tłumacza i nieuważnej redakcji. Faktem jest jednak, że ktoś się do swojej pracy nie przyłożył, a mnie odebrał jakąkolwiek radość z czytania. Chociaż przez całą książkę przebrnęłam, kierowało mną głównie poczucie obowiązku i chęć podzielenia się opinią ze światem. A opinia jest taka, że jak na zdobywcę Edgara i innych nagród „Zimny dzień w Raju” jest raczej słaby, a w ogólnym kontekście rynkowym – mocno przeciętny. Nie było w nim nic, co przykułoby moją uwagę i zachęciło do sięgnięcia po pozostałe tomy serii, więc pewnie tego nie zrobię. A tym, którzy szukają ciekawego, dobrze napisanego kryminału, pełnego zagadek, błyskotliwych dialogów i postaci z krwi i kości radzę ominąć tą pozycję. Z pewnością znajdziecie coś lepszego


______________________________________________


Zimny dzień w Raju
Steve Hamilton
Wydawnictwo Amber
Warszawa 2015 
Stron: 301 


You Might Also Like

0 komentarze

Instagram