Ocalić Grace – opinia

10:30




Zapowiadało się naprawdę dobrze – wpływowa literacka para, problemy, które zostają w czterech ścianach i zagubiona kobieta, która musi znaleźć w sobie siłę, by zawalczyć nie tylko o rodzinę, ale i o siebie samą. Co z tego wyszło? Zobaczcie moją opinię o „Ocalić Grace” Jane Green. 



Pewnie ciekawi was, dlaczego jest to opinia, a nie recenzja. Powód jest bardzo prosty – moja uczciwość. Uważam, że recenzji nie można napisać z książki, której się nie doczytało do końca, a właściwie ledwo przebrnęło się przez połowę. Nie mam zamiaru kłamać, że przeczytałam „Ocalić Grace”, bo nie przeczytałam – i, tak szczerze mówiąc, jest to pierwsza powieść od ładnych kilku miesięcy, której nie udało mi się skończyć. Z drugiej strony, nie mogłam sobie odmówić podzielenia się z wami moją pełną żalów opinią. 

„Ocalić Grace” to mój pierwszy kontakt z prozą Jane Green – brytyjskiej autorki dwudziestu książek, a których spora część stała się międzynarodowymi bestsellerami. Pisarka debiutowała w 2000 roku powieścią Jemima J, ale dopiero wydane trzy lata później Straight Talking, zapewniło jej międzynarodową sławę. To właśnie po tej książce Green – do spółki z Helen Fielding – została okrzyknięta królową gatunku zwanego „chick lit”, czyli, tłumacząc dosyć dosadnie „literatury dla lasek”. „Ocalić Grace” to jej siedemnasta z kolei powieść. 

 Książkę kupiłam spontanicznie, zachęcona uroczą, subtelną okładką i interesującym opisem. Już z niego dowiadujemy się, że główną – i zarazem tytułową – bohaterką, jest Grace Chapman, autorka książek kulinarnych i żona bardzo poczytnego pisarza, Teda. Grace prowadzi życie na wysokim poziomie – łącząc pracę z pasją do gotowania, dysponując środkami, kontaktami i odpowiednim gustem do organizowania eleganckich przyjęć, wydaje się być bardzo szczęśliwa. Co więcej, tym szczęściem dzieli się z innymi, działając w stowarzyszeniu charytatywnym, pomagającym kobietom z problemami wrócić na prostą. Grace jest uwielbiana przez otoczenie i adorowana przez męża... a przynajmniej tak się wydaje.

Ted, jak przystało na artystę wielkiego formatu (a przynajmniej tak opisuje go autorka), jest całkowicie nieobliczalny. Nigdy nie wiadomo, co i kiedy uruchomi jego głęboko skrywane pokłady gniewu, które wyładowuje na często niewinnej żonie. I nie mowa tutaj o przemocy fizycznej, lecz dużo trudniejszej do uchwycenia i opisania przemocy psychicznej. Ted obwinia Grace o wszelkie zaniedbania, wzbudza w niej poczucie winy i wywołuje paniczny lęk. W efekcie kobieta, chociaż ma wszystko, tak naprawdę żyje w ciągłym strachu i kompleksach. Sytuacja pogarsza się, gdy wieloletnia gospodyni Chapmanów rezygnuje z pracy i cały dom zostaje na głowie Grace. Która, co trzeba zaznaczyć, nie radzi sobie właściwie z niczym poza gotowaniem. 

Na szczęście, na drodze zagubionej bohaterki szybko staje Becky – ociekająca idealizmem kobieta, która nie tylko ma wszystko kompetencje do tego, by zostać gosposią, ale i bardzo tego pragnie. Bez zwłoki i z prawdziwą gracją wkracza ona w życie Chapmanów, ale bardzo szybko okazuje się, że nie ma dobrych zamiarów. Sprytnie i po cichu odbiera Grace jej dobre imię, władzę nad życiem, męża, a nawet szacunek do samej siebie. Bohaterka, pozostawiona sama sobie, musi poukładać własne życie i odnaleźć utracony spokój.

Kiedy teraz streszczam wam fabułę „Ocalić Grace”, mam dosyć mocne skojarzenia z recenzowaną już Wdową Fiony Barton – podobny nacisk wywierany na bohaterkę i wyczuwalna atmosfera zaszczucia. Mam też świadomość, że mój rozbudowany opis może brzmieć naprawdę interesująco. Problem polega na tym, że... wcale taki nie jest. 

Podstawową bolączką powieści Jane Green jest to, że akcja nieprawdopodobnie się wlecze. Zanim w ogóle zaczną się jakieś kłopoty, zmuszeni jesteśmy przebrnąć przez cały życiorys Grace – wspomnienia z pracy w wydawnictwie, okoliczności, w jakich poznała Teda, rozkwit ich miłości, ślub, dziecko, rozwój pasji do gotowania i tak dalej. Słowem: całą drogę, która doprowadziła ją do miejsca, w którym jest teraz. Te wszystkie informacje są na pewno bardzo istotne, ale forma,w jakiej nam je podano, jest absolutnie niestrawna. Za dużo, na gęsto i w dodatku jeszcze zanim zacznie się jakakolwiek akcja. Po napięciu wyczuwalnym w opisie, nie pozostaje nawet ślad, a czytelnik zastanawia się, czy przypadkiem w drukarni nie doszło do pomyłki i ktoś nie skleił okładki jednej książki z wkładem innej. 

Nie najlepiej jest też pod kątem językowym, ale tutaj trudno mi określić, czy jest to kwestia kiepskiego warsztatu pani Green, czy słabego tłumaczenia. Styl jest bardzo nieporadny, imiona powtarzają się nawet tam, gdy bez problemu dałoby się tego uniknąć leciutkim przeformułowaniem zdania. Jeżeli kiedyś zetknęliście się z amatorską twórczością pisaną przez bardzo młode osoby, to na pewno znacie ten typ. To coś w stylu „Kasia przyszła do mojego domu. Grałyśmy w bierki z Kasią. Potem wypiłyśmy sok, a po południu Kasia pożegnała się i wróciła do domu. Bardzo lubię Kasię”. W tym momencie trochę hiperbolizuję oczywiście, ale niewiele – „Ocalić Grace” niekiedy czytało się równie ciężko. Zresztą, problem był nie tylko w partiach narracyjnych, ale również w dialogach – w znakomitej większości drewnianych i nieporadnych. Bohaterowie często nie rozmawiają ze sobą, tylko wygłaszają swoje kwestie, przez co trudno się wczuć, o polubieniu ich nawet nie wspominając. 

Jeśli chodzi o główną bohaterkę, Grace Chapman, to prawdę powiedziawszy mam o niej dosyć kiepskie zdanie. Wydała mi się ona nieprzeciętnie rozlazła i w dodatku cierpiąca na syndrom „księżniczki w opałach”. Patrząc na jej nieudolne próby ogarnięcia własnego życia, na stwierdzenia, że bez osobistej gospodyni i asystentki dla męża nie jest w stanie w żaden sensowny sposób zarządzać własnym życiem, czułam jedynie irytację. W końcu ta kobieta jest już po czterdziestce i ma dorosłą córkę! Nie twierdzę, że zasługuje na to, co ją spotyka, ale podczas lektury nie mogłam odpędzić myśli, że właściwie trochę rozumiem niektóre wybuchy złości Teda. To chyba niezbyt dobrze... 

Ciekawostką, która pojawia się na kartach „Ocalić Grace”, są przepisy na potrawy, o których wspomina bohaterka. Jeżeli gdzieś wzmiankowany jest, damy na to, deser Pawłowej, to pod koniec rozdziału dostaniemy dokładną instrukcję, jak można go zrobić. Jeżeli mam być szczera, niekiedy to właśnie przepisy interesowały mnie bardziej, niż sama fabuła. To chyba nie najlepiej o niej świadczy. 

Podsumowując – przeczytałam (chociaż chyba bardziej pasuje słowo „zmęczyłam) nieco ponad połowę książki Jane Green i nie wiem, czy jeszcze do niej wrócę. Pomysł na „Ocalić Grace” był naprawdę doby, ale wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Nuda jest wszechobecna, akcja ciągnie się jak spaghetti, a gdy już wydaje się, że troszkę przyśpieszy i coś w końcu zacznie się dziać, dostajemy rozwlekły opis uczuć i emocji głównej bohaterki. Ot, żebyśmy przypadkiem nie padli, przytłoczeni szałem wydarzeń. Zbierając wszystko w całość, nie mogę Wam polecić tej pozycji – no, chyba, że chcecie znaleźć jakiś dobry usypiacz, albo inspirację lifestylową. Ale myślę, że i na takie potrzeby są lepsze źródła.

__________________________________________

Ocalić Grace
Jane Green 
Wydawnictwo Sonia Draga
Katowice 2016
Stron: 368

You Might Also Like

0 komentarze

Instagram