Szeptucha - recenzja

21:00




Gosia – młoda lekarka i ateistka, którą los wrzucił w niełatwą sytuację. Mieszko – przystojny i tajemniczy uczeń wiejskiego żercy. Brzmi jak romans, ale są jeszcze oni – słowiańscy bogowie, którzy mają swoje własne cele. Tylko... gdzie w tym wszystkim jest jakieś uniwersum? Dziś „Szeptucha” Katarzyny Bereniki Miszczuk. 



Zanim jednak pochylimy się nad Gosią i jej przygodami, poświęćmy chwilę autorce.


Katarzyna Berenika Miszczuk to młoda, bo niespełna trzydziestoletnia pisarka, pochodząca z Warszawy. Debiutowała w 2006 roku książką „Wilk”, którą napisała jako piętnastolatka. Kontynuacja tej powieści – wydana trzy lata później „Wilczyca” – była nominowana do nagrody Nautiliusa. Szczególną sławę autorce przyniosła jednak seria o studentce Wiktorii, która po tragicznej śmierci trafia do piekła. W skład serii wchodzą powieści „Ja, diablica” (2010), „Ja, anielica” (2011) oraz „Ja, potępiona” (2012). Katarzyna Berenika Miszczuk sięga też po inne gatunki, niż fantasy – wydała także powieść grozy oraz kryminał. Jak sama mówi zamierza stworzyć powieść każdego gatunku, by odkryć, w którym czuje się najlepiej.

„Szeptucha” to pierwsza powieść Miszczuk z nowej serii „Kwiat paproci”, której akcja dzieje się... no właśnie, gdzie i kiedy? Zanim o tym napiszę, zapraszam was do małego eksperymentu myślowego. 

Wyobraźcie sobie, że Polska nigdy nie przyjęła chrztu, a Mieszko, władca Polan, zezwolił swoim poddanym wyznawać starych, pogańskich bogów. Tradycja ta nie zanikła w kolejnych wiekach i trwa aż do dziś. Pomyślcie tylko: w grudniu, zamiast Bożego Narodzenia obchodzimy Szczodre Gody, marzec upływa pod znakiem przygotowań do Jarego Święta, a maj radośnie wieńczy Noc Kupały. Kolejne pokolenia rodzą się i umierają, nieustannie pielęgnując słowiańskie tradycje. Rzecz jasna, miasta są pod tym względem bardziej nowoczesne, bo tam typowe pogańskie zwyczaje obchodzone są symbolicznie, niemniej jednak zawsze się o nich pamięta. Porządku religijnego pilnują żercy, a leczeniem ludzi zajmują się nie tylko lekarze, ale i szeptuchy – wiejskie zielarki. I tak aż do XXI wieku – czasów komórek, samochodów, internetu i wszechobecnej elektroniki. 

Widzicie to? No, to macie właśnie przed sobą uniwersum „Szeptuchy”. Wszystko fajnie? No nie do końca... Ale o tym będzie jeszcze nieco niżej. Teraz skupmy się na fabule.

Bohaterką „Szeptuchy” jest Gosława Brzózka – warszawianka i przyszła pani doktor, a przy tym na wskroś nowoczesna kobieta. Gosia nie przepada za słowiańskim folklorem, nie za bardzo wierzy w pogańskich bogów, a praktyki wiejskich szeptuch po prostu ją odrzucają. O jej nastawieniu dowiadujemy się już w pierwszych zdaniach książki, podobnie jak o tym, że przed zakończeniem studiów musi odbyć roczne praktyki. W ten właśnie sposób zyskujemy pewność, że Gosia na pewno trafi pod skrzydła najbardziej szeptuchowatej szeptuchy, jaką tylko uda się znaleźć. To nawet nie jest spoiler, tylko oczywista oczywistość. Gdy przychodzi co do czego, bohaterka z ciężkim sercem przeprowadza się z rodzinnej Warszawy do Kielc, by stamtąd codziennie dojeżdżać do Bielic – wsi, w której mieszka jej opiekunka, szeptucha Jarogniewa. Jak się okazuje, ten wyjazd odmieni całe jej życie, pozwoli odnaleźć miłość życia... i wpędzi w nieliche kłopoty. Bo oto pogańscy bogowie niespodziewanie upomną się o niewierzącą Gosię i spróbują ją zmusić do opowiedzenia się po stronie jednego z nich. Dziewczyna ma bardzo mało czasu na decyzję, bo wszystko rozstrzygnie się w Noc Kupały.




Dalsze streszczanie fabuły byłoby tylko niepotrzebnym spoilerem, więc tutaj się zatrzymam. Wspomnę jeszcze tylko, że wątek romansowy buduje się właściwie odkąd tylko bohaterka przybywa na wieś i że tego, kim jest ów tajemniczy i ultraprzystojny Mieszko, można domyślić się już po zerknięciu na okładkę. Naprawdę, jeżeli tożsamość tego bohatera miała być plot twistem i jakąś niespodzianką, to zaprezentowano nam ją wyjątkowo nieudolnie. Muszę jednak przyznać, że rozwijająca się relacja między Gosią a Mieszkiem ma jednak swój urok. Bohaterowie wyraźnie do siebie lgną, chociaż im dalej w las, tym bardziej zastanawiałam się, czy naprawdę łączy ich jakieś głębsze uczucie, czy po prostu pożądanie. Nie mówię, że to coś złego. Po prostu wolałabym, żeby nie wmawiano mi czegoś innego, niż wynika z zachowań postaci. A skoro już o nich mowa... 

Wiecie, co jeszcze zwróciło moją uwagę? Że w sumie „Szeptucha” ma bardzo mało bohaterów. Ktoś mógłby powiedzieć „ale jak to? Przecież na kartach powieści przewija się wiele magicznych istot, czasami jest nawet tłoczno!”. Ano właśnie – słowem kluczem jest tu „przewijają się”. Główni bohaterowie to oczywiście Gosia i Mieszko, w nieco mniejszym stopniu Jarogniewa. Gdzieniegdzie pojawia się też zapijaczony żerca Mszczuj i przyjaciółka Gosi, Sława... a poza tym pusto. Cała reszta to tylko tło, pionki, które wchodzą na scenę, odstawiają swoje i znikają za kulisami, gdzie autorka wrzuca je do fabularnego kosza. Nie są jakoś szczegółowo opisani i nie mają głębokich charakterów (chociaż topielec-hydraulik zasługuje na uwagę) – po co, skoro zaraz o nich zapomnimy? 

 Uwaga czytelnika siłą rzeczy skupia się na głównych bohaterach, a w szczególności na Gosławie. Co mogę o niej powiedzieć? Właściwie tylko jedno: jest okropnie irytująca. Irytuje swoją nieporadnością, swoją wielkomiejską wyniosłością i przede wszystkim galopującą pogardą dla wszystkiego co rodzime, słowiańskie. Ironiczne czy zwyczajnie złośliwe komentarze na ten temat pojawiały się z zaskakującą regularnością, zupełnie jakby bohaterka nie miała nic innego do powiedzenia. Poza tym, Gosia niestety sprawia wrażenie księżniczki, której nie podoba się absolutnie nic... poza boskim ukochanym, rzecz jasna. On nawet jak jest wredny, to w sumie uroczy i cudowny.

Dosyć pobieżny rzut okiem na uniwersum „Szeptuchy” spowodował, że w mojej głowie rozdzwoniły się dzwonki alarmowe, które nie milkły aż do samego końca lektury. Mówiąc krótko i dosadnie – świat przedstawiony w „Szeptusze” trzyma się tylko na patencie i rozpaczliwej nadziei, że czytelnik nie zacznie zadawać pytań. No cóż – ja zaczęłam. Jak, u licha, ściśle pogańskie państwo było w stanie utrzymać się w samym centrum całkowicie chrześcijańskiej Europy? I to w dodatku aż do XXI wieku? A nawet jeśli, to jak rozwijał się taki kraj? Jak toczyła się jego historia? Czy pogańskie Państwo Polskie też przeszło przez te wszystkie powstania, bunty, rokosze, przez zabory, niewolę, obie wojny, komunizm? Przez wszystkie polityczne wzloty i upadki, ciągnące za sobą konsekwencje kulturowe i przemiany społeczne? A jeżeli nie, to co się zmieniło? I jak właściwie wygląda rzeczywistość tego uniwersum? Tak wiele pytań, a odpowiedzi żadnych. Przykre.




Nie mówię, że pomysł Katarzyny Miszczuk nie miał szans się sprawdzić. Może i miał, ale autorka po prostu nie dała mu szansy. Mam wrażenie, że wydawało jej się, że wystarczy wrzucić sobie pogańskich bogów hasających radośnie po świętych gajach do współczesnej Polski, nakreślić kontrast nowoczesność vs. pogańska tradycja, a dziury zatuszować atrakcyjnym mężczyzną i będzie dobrze. No nie, nie będzie. Jeżeli tworzy się alternatywną wersję naszego świata, to trzeba ją chociaż minimalnie nakreślić. Autorka z tego zrezygnowała, uznając, że gdy pomacha nam przed oczami bohaterką rozdartą przez wewnętrzny konflikt, atrakcyjnym i tajemniczym mężczyzną na horyzoncie i ultraromantyczną miłością, „która zdarza się raz na tysiąc lat”, nikt nie będzie zwracał uwagi na resztę. A tu klops. Im dłużej czytałam „Szeptuchę” tym bardziej miałam ochotę wysmarować długiego maila do autorki, prosząc o wyjaśnienia, jak widzi historię pogańskiej Polski. I czy w ogóle ją w jakikolwiek sposób widzi, bo po zakończeniu lektury miałam nieodparte wrażenie, że pani Miszczuk kompletnie tego nie przemyślała. 

 Podsumowując – czy „Szeptucha” to zła książka? Moim zdaniem nie. Jest lekko napisana, czasami można się nawet uśmiechnąć. Z rozdziału na rozdział styl (początkowo trochę drętwy) poprawia się, a losy bohaterki, choć niekiedy jest ona nieprawdopodobnie irytująca, śledzi się z zainteresowaniem. Głównym problemem tej książki jest jednak do bólu ubogie uniwersum, zarysowane tak szczątkowo, że właściwie wcale go nie widać. To trochę tak, jakby we wspaniałym teatrze na zadbanej scenie stanęli doskonali aktorzy, ubrani w najprzedniejsze kostiumy i odgrywali całkiem dobrą sztukę, ale za rekwizyty i scenografię służyły im kartoniki naprędce pomalowane akwarelami. Można oglądać taki spektakl, można nawet przeżyć opowiedzianą historię, ale pozostanie niedosyt. Taki właśnie niedosyt mam po lekturze „Szeptuchy”. Bo czuję, że miała predyspozycje, by stać się czymś o wiele lepszym i głębszym, a nie tylko czytadełkiem na leniwe, sobotnie popołudnie.


 ____________________________________________


 Szeptucha 
 Katarzyna Berenika Miszczuk
 Wydawnictwo WAB 
 Warszawa 2016 
 Stron: 412

You Might Also Like

0 komentarze

Instagram